Pamiętacie takie kinowe hity jak „Złoto Pustyni” czy „Złoto Dezerterów”? Znudzeni tworzeniem kolejnych gier do rozgrywki wieloosobowej, deweloperzy z DICE postanowili stworzyć shootera, niejako korzystającego z pomysłów wyżej wymienionych filmów. Zapowiedziany został sequel świetnej gry – Battlefield. Tym razem lwią część nośnika zajmie tryb jednoosobowy. Autorzy postanowili nadać nieco świeżości serii, obiecując graczom FPS-a, jakiego jeszcze nie widzieli. Czy jest to czcze gadanie speców od marketingu? Po obejrzeniu materiałów z nowego BF jestem przekonany, że DICE wspięło się na wyżyny sadystycznej destrukcji, stawiając w swej nowej produkcji na interakcję ze... wszystkim.
Akcja ma miejsce gdzieś we wschodniej Europie, w niedalekiej przyszłości (co widać chociażby po uzbrojeniu). Ogarnięte wojną państewko to miejsce pracy czwórki najemników. Znudzeni „schematem” swego zajęcia, jakim niewątpliwie jest użyczanie swego doświadczenia na polu walki osobom, które dadzą więcej, żołnierze postanawiają zdezerterować. Widok ciężarówki wypełnionej po brzegi złotem to nie lada gratka dla czwórki zaprawionych w boju wojaków. Ich priorytetowym celem jest dobrać się do owej ciężarówki, podzielić się łupem „fifty–fifty” i dokonać tajemniczej zemsty. Jak widać, autorzy postawili na antybohaterów, którzy walczą dla własnych ambicji i potrzeb – wiedzą, co jest aktualnie trędi (GTA, GoW). Bad Company, bo tak została ochrzczona grupka żądnych złota dezerterów, neguje wszelkie rozkazy z centrum dowodzenia, łamie zakazy i prze do przodu, stosując taktykę „spalonej ziemi”. Jak gracz się przekona, złoto zejdzie na dalszy plan, gdy okaże się, że Kompania B. rozpętała małą wojnę z rosyjskimi oddziałami. W takiej zadymie przyjdzie działać Kompanii. Całe szczęście, chłopcy to doświadczeni twardziele, chleb z nie jednego pieca jedli, a i niejednokrotnie swe potrzeby załatwiali na dworze. Siedzenie w 30- stopniowym mrozie to czysta przyjemność, zaś żywienie się przez miesiąc korzonkami w lesie jest wykwitną kolacją dla głównych bohaterów. Dla nich nie ma ani chwili wytchnienia, walka to ich żywioł, adrenalina – paliwem dzięki któremu żyją. Autorzy zapowiedzieli, że gracz ani na moment nie będzie się nudził, wszak - wedle słów Karla Magnusa Troedssona, starszego producenta - fabuła jest jednym z najważniejszych i najbardziej dopracowanych elementów w BF:BC. Całość, co widać na samych trailerach, doprawiona jest czarnym humorem.
Jak przebiega rozgrywka? Na dostępnej, ogromnej mapie zaznaczony jest punkt lokalizujący ciężarówkę, zadaniem gracza jest tam właśnie się udać. Bułka z masłem? Łatwizna? Należy dodać do tego czyhające wszędzie oddziały wroga; czołgi, hummery, samoloty, helikoptery, działka stacjonarne, czy wreszcie uzbrojona po zęby piechota będą stanowić nie lada wyzywanie dla czwórki dezerterów. Na pomoc Kompanii przychodzą najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne. Arsenał broni to typowy, growy standard: ot pistolet, karabin, wyrzutnia rakiet, snajperka... Nie można tu pominąć flagowego elementu serii BF – mowa o maszynach. Atakować można z powietrza i lądu. Dostępne pojazdy urozmaicą zabawę. Będzie tego sporo: kilka rodzajów czołgów, działa przeciwpancerne, różne modele helikopterów, terenowe jeepy, buggie, transportery opancerzone. Od samego gracza ma zależeć, w jaki sposób znajdzie się w zaznaczonym na mapie miejscu. Można bawić się w snajpera, ściągając kolejnych oponentów, można również – co będzie najatrakcyjniejszym rozwiązaniem – wejść z hukiem, niszcząc wszystko dostępnym arsenałem. Czy ja powiedziałem: WSZYSTKO?
Interakcja z otoczeniem – tak hucznie reklamowana przez DICE pozwala na destrukcję 90% obiektów dostępnych na mapie! Pomocnym jest nowo powstały silnik graficzny – Frostbite – odpowiadający za wszystko, co dzieje się w czasie rzeczywistym. Możemy zapomnieć o denerwujących skryptach (wizytówka Call of Duty) – nadszedł czas, gdy nie będziemy potrzebować klamki, by wejść do mieszkania, wystarczy odpowiedni granatnik.... Nic nie stanie graczom na przeszkodzie, by zrównać z ziemią małe wzniesienie (!!!!), przypuścić nalot powietrzny na pobliską osadę, tak by zostały tylko fundamenty. Otóż, trzeba wiedzieć, że wszystko niszczy się w swój unikalny sposób. Po drewnie zostają drzazgi, dachówki fachowo walą się na ziemię, mur zamienia się w kupę cegłówek, nawet drzewa można przewracać: sypią się liście, gałęzie, czy wreszcie sam konar. Można zatem zacytować hasło reklamujące pewną grę: „no place to hide”. Gracz czuje się osaczony, na polu walki termin „bezpieczny” traci znaczenie. Wróg, widzący uciekającego do wnętrza budynku gracza, wezwie czołg, który momentalnie rozprawi się z lokalem, w którym aktualnie będziemy się znajdować.
Strach pomyśleć, jak tak wysoka interakcja odbije się na grafice. Na szczęście silnik Frostbite pozwala na to wszystko bez żadnej straty w jakości tekstur, czy ilości efektów! Battlefield: Bad Company prezentuje się rewelacyjnie. Lokacje przywołują na myśl polskie wioski, zaś same facjaty dezerterów polskich żuli: ogorzałe twarze, czerwone nosy i trzydniowy zarost – portret żołnierza. Okazałe pole walki żyje – drzewa wesoło kołyszą się na wietrze, trawa ugina pod ciężarem, zmienne warunki pogodowe potrafią zepsuć wspaniały dzień. Eksplozje to istny majstersztyk. Cały efekt zależny jest od rodzaju uzbrojenia, ukształtowania terenu (zostają leje), czy samego celu. Gracza pieści także animacja, wszystko jest płynne, mimika i ruchy bohaterów zostały odwzorowane perfekcyjnie. Jako że diabeł tkwi w szczegółach autorzy zapowiedzieli masę smaczków, które wywołają na twarzach graczy uśmiech wielkości dorodnej cukinii. Jest realistycznie, bardzo. Cieszy fakt, że tak olbrzymia interakcja idzie w parze ze świetnym wykonaniem (GoW miał tylko to drugie).
Od strony dźwiękowej gra również nie zawiedzie. Odgłosy walki, czy samej przyrody, odwzorowane są niezwykle dokładnie, wszak dźwiękowcy to grupa profesjonalistów. Ponieważ twórcy dysponują ogromnym budżetem (support EA), jestem przekonany co do jakości oprawy audio. Kule czy wybuchy będą miały odgłos zależny od tego, w co uderzą. Głosy bohaterów, co słychać na trailerze, są odpowiednio dobrane. Ich teksty przesiąkają wręcz czarnym humorem oraz sarkazmem.
Fani wojennej rozpierduchy będą wniebowzięci; świetna historia o najemnikach, zapowiadana zemsta, niespotykana nigdzie indziej interakcja z otoczeniem oraz oprawa graficzna godna rywalizacji z GoW-em – te czynniki wpłyną na niewątpliwy sukces BC. Szykuje się kawał dobrego softu. DICE tworząc pierwszego BF dla pojedynczego gracza przechodzi samego siebie. Czy będziemy mieli godnego konkurenta dla Gearsów? Okaże się już w sierpniu, kiedy Bad Company trafi na sklepowe półki.
Zobacz:
» Battlefield: Bad Company w Bazie Gier