Games Convention jest jak Arka Noego, Pierścień Froda, czy piersi Dody.
Mekka, raj i arkadia w jednym dla graczy zza wschodniej granicy. Przeciętnego
Polaka nie stać na astronomicznie drogi wyjazd na targi E3, lub choćby TGS w Tokio. Znakomitą alternatywą jest właśnie wystawa w Lipsku.
Nowocześnie zaprojektowana konstrukcja, w której odbywa się impreza, to
kwintesencja nowoczesności. Stalowo-szklany kolos niezmiennie, od kilku lat, stoi przy Messegelande (dzielnica Lipska), witając swych gości pięknym wejściem, przywodzącym na myśl filmy science-fiction. Wszystko podzielone na kilka sporych hal, połączonych szklanymi tunelami. Warto to przeżyć; szybki rajd przez przejście do momentu, gdy wchodzi się na jedną z hal. To uczucie, zapach elektronicznej rozrywki. Niczym ambrozja dla ust mitycznych herosów.
Impreza rozpoczęła się dniami dla developerów, gdzie grube ryby mogły
wymienić się wizytówkami i wypić kawę na wygodnych fotelach w Business Center.
Następnie, specjalnie dla prasy, na jeden dzień udostępniono dobrodziejstwa
hal wystawowych. Był to 22 sierpnia. Dzięki temu pismacy z całego świata mogli
się spotkać w jednym miejscu i, bez zbędnych tłumów, zobaczyć, co też szykują największe growe koncerny na bieżący rok.
Na samym początku muszę jasno i wyraźnie powiedzieć, że Microsoft się nie
popisał. Stanowiska często dużo mniejszych firm były atrakcyjniejsze. Gigant z
Redmont wystawił się tak samo, jak rok temu. W niejako oazie, gdzie „kwitną”
Xboxy 360 i telewizory HD gracze mieli okazje poszarpać w tytuły, które miały
swoją premierę w Polsce. Forza
Motorsport 2 nie była szczególnym zaskoczeniem, wszak sam posiadam egzemplarz tej ścigałki w domowym zaciszu. Stoisko M$ nie było jakoś specjalnie oblegane, właśnie przez brak jakichkolwiek nowych i przy tym atrakcyjnych tytułów.
Activision zaserwowało prawdziwą muzyczną orgię dla graczy–melomanów.
Dostępne wersje Guitar Hero III, czy Rock Band przyciągały tabuny
zainteresowanych. Prócz samej gry, na scenie pojawiły się prawdziwe zespoły.
Metalowe kapele, które zagrały dla odwiedzających, to niezła reklama dla
wydawcy.
Sequel muzycznego killera na konsolę Microsoftu nie różni się zbytnio od swego poprzednika. Nieco ładniejsza grafika, nowe postaci (Legendy Rocka; Slash z GnR itp.) Wspomniane gwiazdy będą wyzywać gracza na pojedynki, które przesądzą o tym, czy zostaniemy tytułowym Herosem Gitary. Powrócą grywalne w poprzedniej części postaci, w które gracz będzie się mógł wcielić.
Nowością jest bezprzewodowa gitara, na której niestety nie miałem okazji zagrać (podłączone były wiosła z części drugiej). Dostępne było kilkanaście utworów, które dobrze znamy i lubimy. Scorpionsi, Tenacious D, In Flames, czy Pearl Jam, to tylko przedsmak tego, co znajdzie się w pełnej wersji. Dostępnym nowym trybem był versus, który polega na tym, by gracze przeszkadzali sobie nawzajem, stosując zmyślne sztuczki. Za nabijane punkty, co jakiś czas gracz dostaje power-upa, który skutecznie wytrąci z rytmu towarzysza. Będzie to choćby zmiana kolejności przycisków, urwanie wirtualnej struny, podwojenie pojawiających się na ekranie przycisków, czy trzęsienie ziemi na połówce ekranu przeciwnika. Tytuł po raz kolejny rozejdzie się jak świeże bułeczki, biorąc pod uwagę tryb Xbox Live! Trzymam kciuki za tę pozycję.
Kilka hal dalej miejsce miała prezentacja Rock Band, nowej gry od Harmonix. Całość stylizowana na przesłuchanie do kapeli.
Dla wszystkich znudzonych ciągłym graniem na gitarze EA wespół z MTV Games
ma miłą niespodziankę. Jest nią Rock Band, gra, w której stworzysz swój
wirtualny zespół i poprowadzisz do chwały i wiecznej sławy. Dostępna wersja
gry była jeszcze we wczesnej fazie produkcji. Możliwe było zagranie na basie,
elektryku i perkusji, którą, z niewiadomej przyczyny, okupował jeden z hostów. Animacja kuleje, ciężko się przyzwyczaić do nowej gitary, potrzeba, po raz kolejny, kilku godzin, by załapać timing we wciskaniu przycisków. Same instrumenty, jak na moje oko, są zbyt „chude”, źle leżą w dłoniach. Zamontowane zostało pięć dodatkowych przycisków, które posłużą do robienia odjechanych solówek. Dostępne utwory to w większości oryginalne wersje, co cieszy ucho. Utwory są bardziej znane, niźli w Guitar Hero. Wystarczy wymienić Metallicę z Enter Sandman, czy Black Sabbath i Paranoid. Po zagraniu kilku utworów z Niemcami doszedłem do wniosku, że to tytuł dla ludzi, którzy często urządzają domowe imprezy i mają sporo kasy, by wydać prawie 600 dolarów na cały komplet.
Wystawa Midway to szczelnie zamknięte pudło, gdzie wpuszczano tylko pełnoletnich graczy. Blacksite: Area 51 oraz Stranglehold zostały zaprezentowane wewnątrz stoiska na konsolach Microsoftu. Niestety, ze smutkiem stwierdziłem, że dostępna wersja przygód Tequilli to znana każdemu wersja demo, dostępna na Marketplace.
Nominacje do tytułu najlepszej gry na konsolę
Xbox 360:
- Bioshock
- Pro Evolution Socer 2008
- Eternal Sonata
- Kane and Lynch: Dead Man
- Sacred 2: Fallen Angel
...and the winner is:
Bioshock
Zaskoczeniem okazał się Blacksite. Demko okazało się różnić od tego, które
od dawna można zasysać z XBL. Kolejna plansza to miasteczko, gdzieś w Ameryce,
gdzie psy szczekają... czymś innym, niż byśmy się spodziewali. Warto
zaznaczyć, że jest lepiej. Developerzy poprawili animację, która jednak nadal
nie jest idealna. Często wkradnie się drobny bug, który nie przeszkadza siać
pożogę wśród przybyszy z innej planety. Kule świszczą nad uchem, mięcho z
innej galaktyki lata we wszystkie strony, niczym w horrorach gore klasy „C”.
Mimo wszystko, zdania nie zmienię (patrz: playtest). Zapowiada się liniowy
tytuł, który zainteresuje jedynie maniaków UfO. Wolę Prey'a.
Przechadzając się w poszukiwaniu tytułu, który stanie w szranki z Halo 3, natrafiłem na pilnie strzeżone stoisko z Call of Duty 4: Modern Warfare.
Zmiana klimatów, kilkadziesiąt lat do przodu i oto mamy sequel. Czwarta
odsłona to jednak stary, znany nam Call of Duty. Oklepana, liniowa i
naszpikowana skryptami – i za to kochamy tę serię. CoD4 po raz kolejny prezentuje genialny, iście filmowy klimat. W demku dostępne były dwie misje, które skojarzyłem ze starych trailerów.
Pierwszą misją było przejęcie tankowca, gdzie znajdował się mechanizm zapłonowy do straszliwej broni terrorystów. Pierwsze co rzuca się w oczy to GENIALNA gra świateł i niezbyt dopracowana woda. Statek zawodowo kołysze się na tych... powiedzmy: falach. Bohater zadowolony (bo jeszcze nie przemoczony ostrym deszczem) siedzi w helikopterze i wpatruje się w swego dowódce, który ćmi cygaro nie bacząc na sztorm. Malutka przerwa, szybki zjazd na linie i rozpoczyna się pacyfikacja okrętu. Mozolne przedzieranie się przez labirynt kontenerów i skrzyń, kilka trupów, włączony noktowizor i latający tu i ówdzie helikopter. Po kilku przeładowaniach magazynku dotarłem do wnętrza statku, zadowolony wypełniłem swoje zadanie i ponownie, o kochane skrypty, zostałem zmuszony do pośpiesznej ewakuacji. Powodem była chęć zatopienia statku przez bandziorów. Łajba chwieje się na boki, woda zalewa wnętrza a ja, wespół z resztą brygady, przedostaję się na wyższe poziomy. Tuż przed końcem misji okazało się, że pobiegłem w złym kierunku i zostałem zabity. Pan z obsługi zmienił mi poziom (łajdak!).
Tym razem stanąłem w szeregach Marines (poprzednio: SAS) by, uczestnicząc w misji na Bliskim Wschodzie, walczyć o pokój w imię Stanów Zjednoczonych. Karabin szturmowy M-16 umożliwił zoom snajperski, dlatego też z łatwością pozbawiałem życia wrednych naśladowców Osamy. Ciemna noc i zalane ogniem ulicę irackiego miasta wymusiły na mnie większą ostrożność. Dlatego właśnie sięgnąłem po ręczną wyrzutnie rakiet, by chwilę później z bananem na twarzy obserwować zgliszcza czołgów. Po krótkim rajdzie przez miasto zostałem, demonizując sprawę, przegoniony z miejsca, gdzie dane mi było rozkoszować się nadchodzącym killerem.
W tym roku zostały zaprezentowane dwa tytuły o tej samej tematyce. Skate i nowy Tony Hawk. Który z nich wygra pojedynek o tytuł najlepszej deskorolkowej gry? Na stosiku Actisivion było kilka standów z THPS:PG. Gra wygląda nędznie. Zaprezentowany został fragment miasta, gdzie gracz miał do wyboru jednego z trzech „mentorów”; jest to tzw wybór klasy, tego, jakim skaterem zostanie bohater. Olałem ich i pokręciłem się po miejscówkach. System gry niezmienny od ery kamienia łupanego. To samo, wałkowane przez lata, „udoskonalane”. To nie dla mnie. Tony się wypalił doszczętnie. Czas na emeryturę?
Co innego zaserwował Skate. Gra, która – przynajmniej na targach
– bije nową odsłonę deskorolki od Activision na głowę. Całkiem niezła grafika i umieszczona nisko kamera, niemalże nad ziemią. Sprawia to wrażenie, jakby jechał za nami kumpel i filmował nasze poczynania amatorską kamerą. Sama animacja skatera jest dość dziwna. Tricki wyglądają, jakby robił je gościu, który został przebity od dołu przez metalowy pręt. Efekt szmacianej lalki odstrasza gracza. Era gier deskorolkowych powoli się kończy. Z obojętną miną odszedłem od standu z tytułem. W końcu to tylko EA.
Stoisko z nadchodzącym Bioshockiem straszyło olbrzymią kolejką, jednakże Prasa ma swoje wtyki i dzięki uprzejmości kierownictwa wszedłem „na chama”. Zapachniało dymem. Rzeczywiście. W środku pomieszczenia figurka 1:1 Big Daddy, która wyrzucała z siebie kłęby dymu, dalej korytarz. Po obejrzeniu intro, zaproszono mnie to środka. Małe pomieszczenie ustylizowane na jedną z lokacji w grze. Art Deco pełną gębą. Z bijącym coraz szybciej sercem podszedłem do ekranu telewizora, założyłem słuchawki, by po dwóch minutach zakląć pod nosem. Cała maskarada 2K Games na nic. Dostępny poziom to demko, w które grałem kilka dni wcześniej. Parując niemalże wyszedłem stamtąd. Największy zawód na całych targach.
Eidos zwabił mnie do siebie grywalnym Kane & Lynch: Dead Man. Już po
przeczytaniu pierwszej zapowiedzi zaciekawiła mnie ta produkcja. Dopchać się
było ciężko. W końcu stanąłem przy jednej z konsol i rozpocząłem grę.
Wieżowiec, grupa uzbrojonych po zęby twardzieli i chmara cywilów. Gra ma
klimat. Technicznie prowadzony ostrzał. Maksymalna ostrożność przy wychylaniu
się zza węgła, czy oddana na ślepo seria z karabinu. Wszystko psuje mało
atrakcyjna grafika. Jest zbyt surowo, żadnej zabawy ze światłem. Interakcja
ogranicza się do destrukcji wozów i kafelków na ścianach, tudzież kolumnach
– które, tak czy siak, spadają całe, znikając tuż przy podłożu. Do tego należy dodać słabo wykonane postacie. Cywile wyglądają, jakby pochodzili z firmy produkującej lalki Barbie. Policjanci zaś to armia klonów. Eidos nie skaszani sprawy. Pewniakiem demo liczy sobie trochę czasu, dlatego można spodziewać się dopracowanej wersji w dniu premiery.
Capcom „przywiozło” ze sobą nowe przygody popleczników Spardy. Gustowne,
gotyckie wejście i ekran z przekozackim trailerem zachęcał do długiego
czekania na swoją kolej. Nie zawiodłem się. Gra śmiga ultrapłynnie, żadnych
szarpnięć animacji, czy spadków framerate'u. Wygląda nawet lepiej niźli Ninja
Gaiden: Sigma na PS3. Nero, główny bohater efektownie eksterminuje kolejne
tabuny krwiożerczych istot z piekielnych czeluści. Dostępny poziom to
efektowny zamek, znany z wszelakich zajawek DMC4. Walczyć mi przyszło z
ognistym bossem, który efekciarsko niszczył wszystko i wszystkich na swej
drodze. Domki obracały się w drobny pył. Urzekająca sceneria, masa detali i
klimat. Poczucie, że grasz prawdziwym madafaką, niestety już nie Dantem. Nero
posiada swe diabelskie ramię, które pomaga w eksplorowaniu najskrytszych
zaułków uniwersum DMC. Krótki gameplay to za mało, by oceniać ten tytuł. Fani
serii będą wniebowzięci, gdyż zapowiada się powrót do korzeni – klimat z części pierwszej powala. Znając Capcom jestem pewien i powoli odkładam pokaźną sumkę na własny egzemplarz gry.
Czasu na zagranie we wszystko było zdecydowanie za mało. Ogarnąć całe Games
Convention to misja niemożliwa. Z żalem stwierdzam, że w tym roku Xbox 360
został słabiej wypromowany nadchodzącymi grami, w przeciwieństwie do Sony,
które pokazało zbliżające się wielkimi krokami killery. Zabrakło największych
gwiazd. Halo 3 pokazano na zamkniętej prezentacji, na którą prasa nie miała
wstępu. BioWare wraz ze swoim Mass Effect zapomniało o Europie, podobnie jak
Rockstar, który pokazał tytuł startowy dla Xa – Table Tennis.
Nie ma co biadolić. Targi po raz kolejny wywarły na mnie niemałe wrażenie.
Urzekający klimat i całkiem niezłe hostessy to dobra zapowiedź na przyszłość,
by odwiedzić to miejsce za rok. Wydawcy muszą się przekonać do „zacofanych”
Niemiec, by jednak wystawiać coś więcej, niż demka dostępne do zassania z
Internetu. Potrzeba więcej lepszych gier, które przyciągną rzesze graczy, którzy pokażą, jak bardzo popularne są gry video. Z roku na rok impreza zyskuje na renomie. Lipskie targi wyrabiają sobie markę, której za kilka lat będą zazdrościć Los Angeles i Tokio.