Poprzednia relacja była tylko skrótem tego, co najważniejszych wydarzeń dla
graczy na lipskim Games Convention. Jako że jestem nie tylko redaktorem, ale
także biednym graczem–Polakiem, postanowiłem napisać tekst, będący poniekąd
tutorialem dla śmiałków,chcących odwiedzić istny, europejski, raj na ziemi.
Był to mój drugi raz, kiedy odwiedziłem hale wystawowe na Messegelande. Nabrałem nieco skilla w tym, jak przetrwać w mieście. Chciałbym podzielić się swoimi wrażeniami. Tak od serca. Od gracza dla gracza. Zapraszam do nieco luźniejszej relacji z tego, co działo się ze mną w Lipsku w okresie od 22 do 26 sierpnia.
Jestem człowiekiem, który potrzebuje towarzystwa, taka moja natura. Dlatego
właśnie na GC wybrałem się z bratem i kolegą. Jeden z nich, Mateusz (brat)
jechał w nadziei, że zobaczy przed premierą tytuły, przez które moczy się po
nocach ze szczęścia. Drugi z nich, Mariusz, wybrał się do Lipska z innego
powodu – darmowa biba u Sony. Gry zeszły na bok w natłoku wrażeń.
Całą trójką posiadamy ten komfort, że mieszkamy niedaleko przejścia granicznego w Zgorzelcu. Tam też się udaliśmy. Szybka przeprawa przez miasto. Drobne zakupy w „Żabce” i można uderzać na zachód.
Przejście graniczne jest tylko dla pieszych – taka część miasta
– po krótkiej odprawie, przebytym kilometrze znaleźliśmy się na stacji niemieckich kolei. Dla przeciętnego Polaka sam dworzec robi niemałe wrażenie. Przyzwyczajeni do zapachu uryny i leżących na ziemi menelach popadliśmy, po raz kolejny zresztą, w zachwyt nad niemieckim porządkiem. Przydatna informacja dla was: najrozsądniejszym wyjściem jest zakup Sachsen Ticket, biletu, który kosztuje 25 euro, na który może jechać aż 5 osób. W przeliczeniu na polską walutę, 18 złotych za podróż to przystępna cena. Radość jest jeszcze większa po wejściu do pociągu. Nic nie stuka, nie rozpada się. W środku panuje miła atmosfera. Siedzenia bardzo wygodne a sama maszyna niebo szybsza od naszych złomów.
Przesiadka w Dreźnie, godzina snu i znaleźliśmy się w samym centrum Lipska.
Największy w Europie dworzec. 4 poziomy pod ziemią, ponad sto sklepów i
spikerka, która miast charczeć upiornie w mikrofon – jak to na polskich
dworcach – wysławia się płynną niemczyzną. Co jak co, ale w obu przypadkach nic nie rozumiem. Czarna magia.
Nasze mieszkanie położone było w skinheadzkiej dzielnicy – Connewitz
Kreuz. Naszym hostem był kolega Mariusza – Alexiej. Z pochodzenia Rosjanin, który zostawił nam klucze i wyjechał gdzieś nad Bałtyk, bawić się w rytmach elektronicznej muzyki. Zanim jednak trafiliśmy do łóżek, zostaliśmy niemalże zaciągnięci na urodziny kolegi Aliego. Przeżyliśmy szok. Miejscowi pili, według nich, najlepszą wódkę dostępną w Lipsku – polską! Wyborowa wprawiła niejednego w znakomity humor. Nas niestety ominęła frajda. Kilka kolejek, piwko i kilka godzin jazdy zrobiło swoje. Potulnie wróciliśmy do domu, by zanurzyć się w objęciach Morfeusza.
Nazajutrz rano czekało na nas wegetariańskie śniadanko, prysznic, z którym
były problemy, oraz cudowny widok z naszego balkonu. Wystarczyło spojrzeć w
dół, by zobaczyć kilka doniczek z dorodnymi krzewami konopii ;). Skończyło się na planowanym wieczornym włamie na balkon naszego sąsiada–botanika.
Z głównego dworca przesiedliśmy się do drugiego tramwaju, który wywiózł nas
pod samą wystawę. Należy pozazdrościć lipskiej komunikacji. Gdy dojechaliśmy
na miejsce, skierowaliśmy się w stronę Centrum Prasowego, gdzie musieliśmy się
zarejestrować. I tu niespodzianka dla każdego. Jeśli macie ochotę być podczas
dni dla prasy, jeśli chcecie zaoszczędzić 25 euro na bilet, polecam pójść
dzień przed imprezą i podać się za redaktora. Nazwa pisma się nie liczy. Mariusz i Mateusz weszli z legitymacjami wypisanymi na Kurier Gryfowski. Na dobrą sprawę możecie powiedzieć, że jesteście z tygodnika „Twój Weekend” – zostaniecie mile powitani i otrzymacie bilet wstępu, który gwarantuje darmowy internet i 2 biby w ciągu jednego dnia.
Samo granie to nie wszystko. Polak potrafi. Dlatego właśnie rozpoczęliśmy wielkie polowanie. Polowanie na gadżety. Po kilku godzinach, sprytnym sposobem miałem całą torbę koszulek, smyczy i naklejek najlepszych firm wydawniczych. By nieco odpocząć, wróciliśmy do Press Center i zostaliśmy uraczeni szwedzkim stołem, wypełnionym smakołykami. Dziwnym trafem najwięcej było słychać języka polskiego. Czyżbyśmy byli aż tak pazerni? ;) Darmowe jedzonko szybko zniknęło. Załadowaliśmy plecaki Fantą, sokiem i Colą, by ruszyć na kolejną imprezę. Sony przygotowało zamkniętą konferencję w hali drugiej, po której nastąpiła wielka popijawa i uczta. Najedzeni już, wodziliśmy wzrokiem tylko po stole z alkoholem. Po raz kolejny wypełniliśmy plecaki trunkiem. Tym razem złocistym, który posiada kilka %. Resztę dnia przegraliśmy w Tekkena na PS3, wypijając przy tym po kilka piwek. W nieco lepszych nastrojach udaliśmy się do wyjścia.
Po drodze zahaczyliśmy o turecką knajpę, w której stołowaliśmy się w ubiegłym roku. 2 euro za duże gyros to niewiele, tym bardziej, że człowiek wychodzi z pełnym (od piwa poniekąd) żołądkiem.
Po wieczornej toalecie, skonani, wyczerpani i lekko podpici wybraliśmy sen, jako lekarstwo na wszystko.
Kolejny dzień minął pod znakiem grania, wpychania się w kolejki i żulenia
gadżetów. Z niezłym łupem tramwaj z numerkiem 16 zawiózł nas do domu.
Wieczorną porą wpadliśmy na szatański pomysł. Słynny symbol bitwy za czasów
Napoleona – Pomnik Narodów stał się celem naszej nocnej wycieczki. Po
dotarciu na miejsce porobiliśmy kilka zdjęć, wyrzuciłem z siebie kilka ochów i
achów po czym wszedłem po schodach na pierwszy poziom tejże monumentalnej
budowli. Mina mi zrzedła, gdy okazało się, że obiekt jest remontowany... do
roku 2013! Jak już wcześniej wspomniałem, Polak potrafi. Dlatego też w mniej
legalny sposób, wraz z bratem i kumplem, udaliśmy się na szczyt pomnika. Dla
chętnych: Należy przeskoczyć ogrodzenie, tak by nikt nie widział, udać się następnie na tyły tego kolosa. Potem przejść przez dziurę w siatce i po niepewnie wyglądającym rusztowaniu wejść 102 metry prawie na sam szczyt. Adrenalina towarzysząca od pierwszego stopnia przestała się wydzielać dopiero po kilku godzinach. Widok niesamowity. Nocna panorama miasta to obraz, który na długo pozostanie w mojej pamięci. Lekko zadrapany zszedłem na dół i wespół z Mariuszem i Mateuszem udałem się do wyjścia. W momencie, gdy wychodziliśmy zjawiła się ochrona obiektu. Widocznie ktoś widział nasze poczynania. Wszak cały obiekt jest nieźle oświetlony ;). O mały włos uniknęliśmy represji ze strony niemieckich ochroniarzy.
Piwko, kolacja u Haruna (wspomniana knajpa) i błogi sen. Rano szybki
prysznic i można iść na wielkie zwiedzanie. Kolejny dzień na halach to miła
niespodzianka. Nie dość, że spotkałem starych znajomych z zeszłego roku to
udało mi się, całkiem przypadkiem, dostać w miejsce gdzie sam Hideo Koijma rozdawał autografy. Kilka minut stania w kolejce i podpis mistrza wylądował na pocztówce ze Snejkiem. Gdy wszyscy wyszli, fani zawiedzeni krótką wizytą Koijmy zdecydowali się iść na dalszą przeprawę przez hale, ja zostałem sam. Chwilę potem, w towarzystwie ochroniarzy wyszedł sam Hideo. Niestety, koleżka nie zna angielskiego, dlatego skończyło się na tym, że się do mnie uśmiechnął i pomachał swą małą, żółtą łapką. Chlip, chlip. Dalsza część dnia to wizyta w Centrum Prasowym i śpiewanie przy Niemcach pewnej słynnej, bardzo wulgarnej, polskiej piosenki punk rockowej ;). Miło jest mieć pewność, że nikt nie rozumie tego, co mówisz. Później postanowiłem znów wyciągnąć od hostess kilka gadżetów i przy okazji robiłem z każdą co ładniejszą zdjęcie. Oczywiście na każdym z nich wyszedłem, jakbym miał zagrać w kolejnej odsłonie Resident Evil.
Sobota i niedziela to zawsze największe oblężenie publiczności. Rekordowo, łącznie na halach zgromadziło się prawie sto tysięcy graczy z całego świata. Niezły wynik. Ostatnie dni to non stop okupowane standy z grami i zapach potu tysięcy ludzi. W te dni odsypialiśmy nocne wojaże, zwiedzaliśmy miasto, by po południu przyjść na kilka godzin, złapać kilka hostess i myknąć z powrotem do domu.
Poniedziałek, tuż po targach. Powrót do Ojczyzny. Szybkie pakowanie się, mordercza walka z czasem, gonitwa z 4 torbami na dworzec i wygodne leżenie we wnętrzu niemieckich pociągów.
Kolejny rok będzie bardzo podobny. Mimo to jestem zdecydowany, by jechać po raz trzeci. Games Convention to nie tylko okazja, by pograć w najnowsze tytuły. To także czas, gdzie można poznać wielu ciekawych ludzi, wychylić z Niemcem polską flaszkę, czy włamać się do największego zabytku Lipska. Było kolorowo, młodzieżowo. Bycie graczem to nie hobby, to także styl bycia. Takie imprezy jak GC pokazują, że jest nas coraz więcej. Warto wydać kilka groszy na wyjazd. Przecież takie chwile będziemy pamiętać przez całe życie. By nieco zachęcić was do udziału w takiej imprezie powiem, że wydałem 50 euro, co daje 180 złotych. Kombinujcie darmowe mieszkanie, lub duży namiot. W Lipsku trawników i ławek w bród, a i dworzec jeszcze nie zamieszkany! Do zobaczenia za rok przy Pomniku Narodów ;) .