XboxSpot XboxSpot
XboxSpot » Artykuły » Recenzje »

Halo 3

Autor: Iggy    Opublikowano: 30 października 2007    Odsłon: 4245    »Skomentuj...

Któż z was, drodzy czytelnicy, nie zna „Pieśni o Rolandzie” czy historii miłości Tristana i Izoldy. Epickie opowieści o bohaterskich czynach mężczyzny, który na progu ważnych wydarzeń walczy ze złem tego świata. Wszystko oczywiście podane w przejrzystej, lekkostrawnej dla czytelnika, formie. Samym czytelnikiem jest zazwyczaj facet, który z lubością wsiąka w świat czynów godnych tylko najlepszego samca – Idola dla rzesz słabych i normalnych chłopców, którzy z wypiekami na twarzy dążą do ostatecznego starcia, finału. Dążą do zakończenia walki.

W XXI wieku światu ukazał się całkiem nowy bohater, który swymi zdolnościami i czynami bije na głowę Rolanda, Boeuwulfa czy Tristana. Ludzkość, szczególnie męska część graczy, poznała Master Chiefa – bohatera serii gier Halo. Po trzech latach od wydania drugiej części, na nową konsolę Microsoftu, z impetem bomby atomowej, zostaje wydana ostatnia. Obiecano, że gracz pozna finał całej historii, losy bohaterów połączą się w spójną całość, a multiplayer po raz kolejny stanowić będzie o jakości tytułu.

I jak to wszystko wygląda w praniu? Czy mamy do czynienia z krokiem milowym w dziejach elektronicznej rozrywki? Czy Master Chief to murzyn czy biały? Jak kończy się trylogia? Większości dowiecie się czytając recenzję. Moja moralność nakazuje, by nie zdradzać faktów, które potrafiły wyrwać mnie z fotela, bym później w kociokwiku biegał po pokoju, trzymając się za głowę. O nie. Wisienkę na torcie zostawiam Wam. Wszak, jako recenzent, jestem częścią ogromnej, ba, niespotykanej wcześniej maszyny marketingowej.

Microsoft, pewien sukcesu (a któż nie był?) ostatniej części Halo, wyłożył niemałą sumkę zielonych na to, by nawet mieszkający w lepiankach z kupy wołu Etiopczycy znali postać Master Chiefa. Miliony billboardów, tysiące reklam w prasie, kilkanaście spotów telewizyjnych i odkrywane powoli karty dotyczące rozgrywki: to wszystko spotęgowało ultrahype, jaki towarzyszył aż do dnia premiery. Ludzie postronni, gwiazdy i redaktorzy pism, które nie mają nic wspólnego z grami, rozpisywali się o zjawisku, nowej modzie, jaką jest granie/posiadanie/ZAKUP Halo 3. Po raz pierwszy w historii gier mamy do czynienia z czymś, co kilkanaście lat temu byłoby niemożliwe – Halo 3 zyskami po 24 godzinach wyprzedziło największe kasowe hity kinowe tamtego roku. Na koncie Halo pojawiło się grubo ponad 175 mln dolarów... w samym USA. Widać jakiego kalibru potęgą stają się gry wideo; te dobre, oczywiście.

Czas się przekonać, czy Halo 3 to tylko wytwór marketingowców czy pełnoprawny produkt, który godnie reprezentuje konsolę Xbox 360. Jednakoż nie ma się co oszukiwać. Tak czy siak, każdy gracz, bez względu na jakość trzeciej części, nie bacząc na to, że mógłby to być totalny crap, zaopatrzy się we własny egzemplarz gry. A to już zasługa marketingowców, którzy skutecznie podgrzewali atmosferę przez blisko pół roku od premiery.

„What are we fighting for?”

Futurystyczny FPS, dziwne „stworki” i statki latające – dobra fabuła wprost nie pasuje do takiego obrazu. Bungie jednak przełamuje wszelkie stereotypy, serwując poplątany, zawiły a przede wszystkim ciekawy wątek główny, jak i te poboczne.

Przymierze gotowe jest, by za pomocą Arki zniszczyć świat. Potrzebne do tego są, towarzyszące przez wszystkie części, pierścienie zwane Halo. Aktywowanie wszystkich spowodowałoby Sąd Ostateczny dla całego Wszechświata. Głównym złym jest Prophet który, na wzór Adolfa Hitlera, uważa się za jedynego mogącego sprawować władzę nad wszystkim we Wszechświecie.

Intro informuje gracza, że dziecko projektu Spartan, John 117, od zawsze wyróżniał się czymś, czego nie mieli jego braciszkowie – szczęściem. Akcja gry przenosi nas gdzieś na wschodnie tereny Afryki, gdzie rozświetlająca niebo ni to kometa, ni Gwiazda Betlejemska spada i rozbija się w malowniczej dżungli. Pamiętacie zakończenie drugiej części? Tym czymś, co rozbija się na Ziemi jest Master Chief. W trybie ekspresowym ewakuował się on z krążownika, w którym miała miejsce ostateczna potyczka w Halo 2.

Towarzysze broni, będący pod dowództwem sierżanta Johnsona, znajdują ledwo żywego MC-a. Bez chwili wytchnienia, darmowego drinka i zakupów w Biedronce, dzielny wojak zostaje obarczony nowymi rozkazami...
Tak rozpoczyna się przygoda, jazda bez trzymanki, która potrafi zatrzymać przed telewizorem na kilka, naprawdę intensywnych, godzin. Tajemnicze proroctwa Cortany, jej zniknięcie i choroba, Gravemind, Przymierze i Prophet – trzecia część zamyka wszystkie wątki w sposób wzorowy. Autorzy nie potraktowali Halo 3 jak maszynki do robienia pieniędzy, nawet mimo tego, że gro ludności i tak sięgnie po tytuł, nie bacząc na oceny wystawiane przez najbardziej szanujące się pisma growe na świecie. Zaserwowali fabułę na najwyższym poziomie, gdzie całość przypomina mieszankę wspomnianego wcześniej eposu rycerskiego i space opery, będącej gatunkiem literackim/filmowym w dziedzinie science-fiction.

„Finish the fight? Let's start!”

Euforii, gdy kurier wręczył mi paczkę z grą, ukryć nie mogłem. Po kilkunastu minutach patrzenia się na okładkę, czytania instrukcji i chodzeniu z płytą po mieszkaniu wpadłem na genialny pomysł: zdecydowałem się uruchomić next-genowe Halo.

Szum, pisk, zgrzyt i oczom ukazują się loga znanych wydawców i producentów. Chwilę później zaczyna pobrzmiewać jeden z najpiękniejszych motywów muzycznych w historii gier. Znane pojękiwanie męskiego chóru, loading i oczom ukazuje się menu. Autorzy chyba nieco zatrzymali się w czasie. Ekran główny gry jest bardzo archaiczny. Jeśli pamiętacie czasy pierwszego Half-Life'a to wiecie, co mam na myśli. Granatowy design, kilka opcji do wyboru, a w tle pole walki, tudzież Master z Arbitrem. Ogółem mówiąc, artyści postawili na prostotę i funkcjonalność, co poniekąd nie jest wadą. Jednakże, po takim tytule, spodziewałem się czegoś, co już na wstępie zmiażdży swym rozmachem. Cóż... Należy się pocieszać, że dzięki funkcjonalności standardowego menu, nie pogubimy się już na samym początku przygody z Halo 3.

Swe kroki skierowałem ku napisowi „new campaign”. Średnie intro, ciepły, kobiecy głos i już chwilę później „wszedłem” w skórę głównego bohatera. Pierwsza misja ma miejsce w afrykańskiej dżungli, czyli tam, gdzie się rozbiła kapsuła z Master Chiefem. Przebiegłszy kilkaset metrów natrafiłem na skromny oddział Gruntów – małych stworków, wariatów, którzy są niejako wizytówką serii. Zmiany, jakie zaistniały w ostatniej części widoczne są już po kilku minutach gry. Ale o nich później. Na jakim poziomie stoi gameplay? K O P A L N I A M I O D U!

Uniwersum Halo to jeden z najlepiej wykreowanych światów, z jakim miałem styczność grając w dziesiątki gier. 4 strony konfliktu tj. rasa ludzi, którzy za wszelką cenę nie mogą dopuścić do tego, by ich największy wróg – Prophet – zniszczył życie na Ziemi. Ostatkiem sił trzymająca się na nogach ludzkość stawia wyzwanie swym wrogom (których ma kilku). Tak, jak cyklon „B” dla Niemców, jak Łajka dla Rosjan, jak Żbik dla Polaków, tak Master Chief – dziecko projektu Spartan – jest dumą i chlubą USCN. Całe szczęście, nie wszystko spoczywa na barkach dzielnego żołnierza, odzianego w lansowy, zielony kombinezon. Zbuntowani Covenants, których mieliśmy przyjemność tłuc w części pierwszej, przyłączają się do legionów Ziemskich, by dać wyraz swej nienawiści do Prophet, który obiecywał złote góry, a skończył na spisku mającym na celu ich podporządkować.

Po drugiej stronie barykady znajdują się opisani wcześniej nacjonaliści i sprawca całej afery – Prophet. Sami unikają otwartej walki, wysługując się podległymi im rasami. Grunci, Covenanci i Brutsi stanowią podstawę armii Przymierza. Znani z poprzednich części przedstawiciele dwóch pierwszych ras nie są żadną nowością. Przypominający odziane w zbroje nosorożce Brutsi to najmocniejsi oponenci, jakich można spotkać w grze. Zostali praktycznie stworzeni od podstaw i przemodelowani w porównaniu z drugą częścią. Jednak to nie obcy powodują grymas przerażenia na twarzach miliardów obywateli całego Wszechświata. Największą plagą jest Flood. Bakterie, które asymilując się z ciałem martwych, niczym w filmie „The Thing”, mutują w krwiożercze zombie. Powolni, jednak działający jak powódź (flood), atakujący całymi chmarami są twardym orzechem do zgryzienia. Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że statek z zainfekowaną załogą rozbija się o powierzchnię Ziemi...

Przeciwnicy to nie bułka z masłem. Stanowią filar rozgrywki w Halo już od pierwszej części. Wysoka sztuczna inteligencja skutecznie utrudnia szybkie przejście poziomu. Wszyscy starają się walczyć w grupach, wzajemnie siebie osłaniać. Trudniejsi oponenci korzystają z itemów, zaś ci słabsi panikują, gdy zostają bez wsparcia. Częstokroć zdarzyć się może, że spanikowany Grunt zacznie strzelać na oślep, chcąc nastraszyć gracza. Mniej pochlebne opinie wędrują w stronę naszych marines i samego Arbitra, który towarzyszy Master Chiefowi. Niepotrzebnie pchają się w największy ogień, dają się zabić przy najbliższej okazji. Plusem jest fakt, że wierny nam Covenant jest nieśmiertelny, co można obrócić na korzyść gracza. Karą o jakiej nawet Osama Ben Laden nie śnił jest wejść do pojazdu, którym steruje AI. Sama Doda jeździ autem lepiej niż marines, którzy jakby mieli klapki na oczach, sunąc ku najbliższej skale tudzież przepaści.

Na świat Halo w trzeciej części składa się dziewięć poziomów, które porażają swym rozmachem i wielkością. Wielbiciele backtrakingu będą zawiedzeni – tylko raz na całą kampanię zdarzyło mi się wrócić w miejsce, w którym byłem wcześniej. Niedociągnięciem są bardzo liniowe misje w lokacjach zamkniętych; bywa to irytujące, gdy po raz n-ty chodzimy po podobnych korytarzach. Rozpoczynając nową grę należy bardzo się zastanowić nad wyborem jednego z czterech poziomów trudności. Prawdę powiedziawszy, dla średnio wprawionego gracza poziom normalny będzie pestką – zabawa rozpoczyna się od heroic wzwyż. Banalny „normal” jest z całą pewnością przyczyną psioczenia wielu graczy, którzy z oburzeniem twierdzą, że Halo 3 da radę skończyć w 6 godzin. Gdy jednak poprzeczka zostanie podniesiona, czas gry diametralnie wydłuża się – o jakieś 100%. Przejście jednego poziomu będzie oscylować w granicy 2-3 godzin. Akcja non stop pcha gracza do przodu, nie pozwalając nawet na moment wytchnienia, by wytrzeć pot z czoła. Porównując do dostępnych dziś FPS-ów pewnym się wydaje, że Halo 3 oferuje najbardziej widowiskowe walki. Walki? Oj, przepraszam. Do czynienia mamy z epickimi bataliami, w których ogniwem zapalnym jest sam gracz. Fruwające nad głowami maszyny obcych i ludzi, przywodzą na myśl pierwsze sceny „Terminatora”. Ogromne krążowniki zawieszone na tle nieba raz po raz plują salwami diabelsko silnych plazm, które fachowo niszczą nawet największe pojazdy. Epickość pola bitwy częstokroć wymusi na graczy, by na cały głos krzyknął słowa, które zagrzeją do walki wirtualnych kompanów. Tylko dzieło Bungie pozwoli na taką różnorodność w sposobie walki. Są levele, gdzie domyślnie gracz jest zobligowany do użycia pojazdu i przejechania nim 1/3 całego poziomu, jednak, na upartego można iść piechotą. Elastyczność w tym, jakim sposobem gracz przejdzie daną misję to mocny element tego tytułu.

Jak wiadomo, Master to nie negocjator czy dyplomata. Rozwiązywanie problemów zostawia pewnym akcesoriom, które trzyma w swych potężnych łapskach. Halo ewoluowało, koderzy naprawili kilka błędów i wyrównali moc ognia poszczególnych pukawek. Do tego wszystkiego dorzucili kilka nowych. Znany z pierwszej części karabin szturmowy stracił na swej potędze (całe Halo można było przejść korzystając tylko z tej broni) pojemność magazynka została ograniczona do połowy, przez co nie można wcielać w życie akcji „in Rambo style”. Niepotrzebny wcześniej needler, prujący różowymi kryształkami, został mocno podrasowany, stając się potężnym karabinkiem na krótkie dystanse. Autorzy zdali sobie z tego sprawę i uniemożliwili dzierżenie go w obu dłoniach – coś za coś. Wyrzutnia rakiet została pozbawiona auto celowania, co utrudnia starcia z większymi maszynami. Zmiany dosięgły również zwykły pistolet. Jest już na tyle słaby, że nie można zaliczyć head-shota strzelając w przeciwnika dwukrotnie. Niestety, kilka modeli broni nie zdaje się na nic. Pistolet Gruntów czy Shotgun są praktycznie zbędne. Dostępne nowości wywołują najszczerszy uśmiech na twarzy maniaka wirtualnej destrukcji. Pistolet Brutów sieje niemałą pożogę wśród lekkozbrojnych przeciwników, tym bardziej, jeśli trzymamy dwie jego sztuki jednocześnie. Kolejną nowością jest ogromny Spartan Laser, który zdaje się tylko w sytuacjach, gdy potrzeba zniszczyć pojazd tudzież wieżyczki. Największym błędem programistów w kwestii uzbrojenia jest siła uderzenia kolbą. Wystarczy dwukrotnie pacnąć dużego Bruta, by ten padł nieżywy. Pewniakiem za niedługi czas wyjdzie łatka, która zmniejszy jej damage.

Tym, co cieszy chyba najbardziej, jest możliwość przejęcia działka stacjonarnego. Wtedy to obraz przechodzi w tryb TPP i w całej okazałości obserwować można Master Chiefa niszczącego wrogie jednostki. Kolejnym potężnym orężem jest Brute hammer – broń biała. Duże pole rażenia i ogromna pomoc czynią posiadacza praktycznie niemożliwego do uszkodzenia w bliższym kontakcie. Jednakże hammer został określony takim współczynnikiem, jak wytrzymałość. Dlatego po kilkunastu ciosach jest on bezużyteczny. Analogicznie do energysworda. Każdy karabin, pistolet czy rocket launcher sprawdza się najlepiej w trybie multi.

W walce wspierać się można dodatkowymi przedmiotami. Pojawiły się dwa nowe rodzaje granatów; odłamkowy i coś na wzór koktajlu mołotowa. Szczerze powiedziawszy: szczególnie ten drugi nie jest często używany, w trybie single szczególnie. By przetrzymać ciężkie chwile na polu walki udostępniono power upy, do których zalicza się m.in. osłona, przez którą nic nie przeleci i, niestety, nie wyleci. Przydatniejszymi gadżetami w trybie wieloosobowym są apteczki (specjalne pole siłowe), plazmy niszczące tarczę oraz windy grawitacyjne. Sprawdzają się wyśmienicie. Częstokroć są sprawcami prześmiesznych sytuacji na XBL! Sprytny gracz będzie wiedział jak spożytkować dane dobrodziejstwo myśli technologicznej XXVI wieku.

Dzierżąc w łapie karabin snajperski wystarczy dobrze się ulokować, poczekać aż marines rozpoczną natarcie i delektować się kolejnymi head-shotami. Sprytni przeciwnicy w mig rozpoznają miejsce, w którym się ukrywasz, dlatego wskazane jest zmieniać taktykę tak często, jak tylko się da. Można eliminować kolejne tabuny wrogów wzorem „Gears of War”, chowając się za dostępnymi przeszkodami (mogą zostać przesunięte siłą wybuchu!). Jednak sprawiającym najwięcej satysfakcji sposobem jest umiejętne wykorzystanie dostępnych maszyn, których w Halo jest na pęczki.

O wspaniałości Warthoga można było przekonać się grając w poprzednie odsłony gry. Należy skoncentrować się na maszynach, które pojawiły się jakby na sam koniec. W kilku wypadkach są to projekty, które po prostu nie zostały zaimplementowane w środowisko gry. Dobrym przykładem jest znany z concept artów mongoose – quad dla dwóch osób, który wyśmienicie sprawdza się w każdych warunkach terenowych, szczególnie na piasku. Bardziej opancerzona wersja Warthoga sprawdza się lepiej podczas walki, jest natomiast mniej zwrotny i wolniejszy. Bruci pokusili się o pokazanie światu swych cudeniek motoryzacji, jakimi są: chopper i prowler. Są to duże maszyny, które najczęściej spotkać można na pustyni, gdzie sterowanie nimi jest dużo przyjemniejsze. Chopper to duży pojazd bez kół, z ogromnym ostrzem w kształcie koła na przodzie, co umożliwia mu szybkie poruszanie się. Prowler zaś osadzony jest na płozach, zaopatrzony w wieżyczkę strzelniczą. Powołując się po raz kolejny na słynną, pierwszą scenę z filmu „Terminator 2”, radzę przypomnieć sobie latającą machinę, która eksterminowała ludność. Autorzy wzorując się na niej zaprojektowali Hornet, spełniający funkcję transportowo–ofensywną. Jest to własność Marines. Każda z dostępnych w Halo maszyn fachowo się niszczy pod wpływem gradu kul. Odpadają błotniki, koła się centrują, silniki dymią – standard.

„Come join us!”

Swą popularność seria Halo zawdzięcza, w głównej mierze, przekozackiemu trybowi gry wieloosobowej. Umarł Król, niech żyje Król – druga część została strącona brutalnie z tronu przez swego następce.

Kilka miesięcy temu Bungie udostępniło posiadaczom Crackdown betę multi w Halo 3 – nikt już nie miał wątpliwości, ten tytuł nie będzie schodził z toplisty XBL przez kila ładnych lat. Wielu z posiadaczy egzemplarza z grą olało tryb single, kierując swe kroki, z niewątpliwą pieczołowitością, w kierunku multiplayera.

Co oferuje trzecia odsłona przygód Master Chiefa? Więcej, lepiej, ładniej – tak w skrócie. Wszystko, czym mieliśmy okazję się zachwycać w „dwójce” zostało usprawnione. Doszło 11 nowych map, rozległych, tak by 16 graczy na raz mogło oddawać się epickim bataliom. Nowe tryby (jest ich dziewięć) z pewnością nie dorównują starym i sprawdzonym deathmachom, zarówno w pojedynkę, jak i w drużynie. Na nie to został położony nacisk oraz na capture the flag, czyli wesołą zabawę w berka przy użyciu środków destrukcji. Zaciekłe boje prowadzone są na zmodyfikowanych planszach z części drugiej i na całkiem nowych poziomach, które cieszą oko.

Przez całą przygodę z multi prowadzone są tabele, rankingi, uzupełniane i odświeżane na bieżąco. System rang dopieszczono. Jest to zachęta, gdyż bez uprzedniego zdobycia wyższej pozycji w wirtualnej społeczności, możemy zapomnieć o pojedynkowaniu się z najlepszymi tego świata.

Przed rozpoczęciem właściwej gry można dostosować postać, którą gramy, wedle naszych preferencji. Stworzenie osłoniętego grubą warstwą zbroi madafaki śmigającego w różowych barwach nie stanowi żadnego problemu. Mnogością wyboru kustomizacja zawodnika nie zabija. Kilka rodzajów hełmu, pancerz na ramionach tudzież torsie i własne logo. Z odpowiednio wdzianym herosem można ruszać w bój!

Gdy na kanale XBL wyzywany jesteś od n00b-ów, ludzie cię nie lubią, lub po prostu nie potrafisz grać, wtedy zostaje co-op, który jest nie tylko urozmaiceniem single'a, ale też doskonałym doskonałą okazją, by wcielić się w towarzyszącego Chiefowi Arbitra. Na splicie zabawa staje się dużo ciekawsza – padające wyzwiska, lejący się trunek, patrzące z podziwem białogłowe – pewna alternatywa dla ludzi nieposiadających XBL. Co-op to nie tylko podzielony ekran. Autorzy umożliwili grę on-line dla czterech osób jednocześnie! Znajomi stanowiący trzon straży przybocznej Master Chiefa to ciekawa propozycja. Gwarantowane, że każda epicka walka, którą stoczysz w singlu, nabierze nowego wymiaru, gdy grupka przyjaciół wesprze Cię na poziomie trudności Legendary. Wniosek nasuwa się jeden: czy przez kabelek, czy ramię w ramię – multiplayer to arcydzieło.

„Isn't It beautiful, Chief?”

Halo nigdy nie miażdżyło graficznie. Gracze mieli inny powód do zachwytu. Jaki? Od zawsze są to piękne, a przede wszystkim ogromne, połacie terenu, na których toczy się epicka walka. Kolejne części to wynik ewolucji i wniosków developerów, to także wysłuchiwanie próśb gamerów z całego świata.

Przed samą premierą, ba, na długo przed nią, każdy zainteresowany zdawał sobie sprawę, że trzecia odsłona nie będzie popisem możliwości Xboxa 360, że grafika nie powali nas na kolana. Tak też się stało. Halo nie jest najładniej wyglądającą grą obok GoW-a. Co jednak sprawia, że z zapartym tchem obserwujemy całe uniwersum, zatrzymujemy się na moment, by podziwiać niewątpliwy kunszt lead designerów? Jak wiadomo, w USA wszystko, co jest małe – musi być wielkie, co duże – ogromne. Halo 3 to najrozleglejsze lokacje w dziejach gier akcji. Do tego doliczyć można fizykę, opartą na silniku Havok (troszkę już przestarzałym). Wszystkie przedmioty elegancko poddają się prawu grawitacji czy sile wybuchu. Razi troszkę efekt szmacianej lalki i archaicznie wyglądająca animacja marines, jak i samego Chiefa. Zwykły granat jest w stanie wyrzucić postać na wysokość kilkunastu metrów.

Na pochwały zasługują efekty świetlne, wszelkie rozbłyski i wybuchy. Woda również jest na przyzwoitym poziomie, jednak gracz, po wskoczeniu do niej, nie uświadczy animacji plusku. Widok latającej wszędzie plazmy przywodzi na myśl śląskie dyskoteki, gdzie dzieciarnia naszprycowana tabletkami przyjmuje taki laser „na klatę” – w Halo unikamy go!
(Mały spojler napisany mniejszymi literami) Efekt rażenia słońcem, gdy MC wychodzi z ciemnego tunelu to mistrzostwo świata – sam gracz zasłoni się przed oślepiającym blaskiem. Prawdziwym fajerwerkiem graficznym jest poziom Sierra 117, kiedy następuje awaria prądu – nic tylko się delektować.
Reszta tekstur, modele postaci i ukształtowanie terenu stoją „tylko” na dobrym poziomie. Coś kosztem czegoś. Siłą rzeczy, nie na możliwości nowego klocka byłby rozległe tereny w połączeniu z tym, co oferuje Gears of War. Gra śmiga stale w 30 klatkach na sekundę, przy większej akcji zdarzy się minimalne chrupnięcie. Mimo wszystko, Halo 3 pod względem oprawy wizualnej plasuje się niedaleko podium.

Dla tych, których nudzi sama gra, a mają zacięcie artystyczne, Bungie oferuje theatre mode oraz edytor plansz. Ten pierwszy to zapis naszej gry, sekunda po sekundzie, odpowiednio skompresowany. Najciekawsze jest jednak to, że każdy fragment można obejrzeć z każdej perspektywy. Powolne obserwowanie śmierci denata, czy maniakalne ruchy kamery na modę Matriksa są możliwe. Patent o tyle przydatny, że można poszczycić się chociażby niezłym head-shotem w trybie multi. Jest jeszcze wspomniany edytor poziomów. Wybrać można jedną z plansz dostępnych w trybie wieloosobowym i oddać się edycji; można przemieszczać wszystkie ruchome obiekty, obracać je, dodawać nowe, by potem swe dzieło zapisać i udostępnić na XBL rzeszy fanów podobnego zajęcia.

„Listen to the sounds of war”

Muzyka, choć świetna, jest tylko przeróbką znanych z poprzednich części motywów. Kilka nowych utworów to wciąż podobne chóry, czy pełne agresji, elektroniczne brzmienia. Epickość i podniosłość pozytywnie nastraja do eksterminacji szeroko pojętych obcych. Odgłosy na polu walki są genialne. Ktoś woła z tyłu o posiłki, przeciwnicy wyzywają gracza od heretyków, a małe spanikowane Grunty przywołują słynne cytaty, jak choćby: „say hello to my little friend!” (Scarface). Często bywa zabawnie. Sprawa ma się dużo gorzej z angielskim dubbingiem. Bohaterowie wymawiają swe kwestie zbyt sztywno, lub podobnie, jak niszowi aktorzy grający w serialach pokroju: „Power Rangers”. Przeciętnemu graczowi, do których z całą pewnością należę, takie coś nie będzie stanowiło przeszkody, by cieszyć się z grania w pozycję z dawna wyczekiwaną.

Bohater nigdy nie umiera. Belive

Jak ocenić taki tytuł, jakim jest Halo? Ciężkie zadanie. Z jednej strony cudowny gameplay i multi na długie lata, a co za tym idzie nieskończona wręcz grywalność. Z drugiej: poniekąd odgrzewany kotlet, usprawniony i polany najsłodszym miodem. Ten tytuł nie zrewolucjonizował świata gier – była to powolna ewolucja, począwszy od części pierwszej. Programiści stworzyli grę doskonałą bazując na swym doświadczeniu, jednakże nie ma elementu, którego gracz nie mógłby się spodziewać. O wszystkim było wiadomo kilka miesięcy przed samą premierą.

W obowiązku gracza leży zakończyć przygodę Master Chiefa, dowiedzieć się jaki jest finał, by móc stwierdzić, że Halo3 to kawał dobrego softu. Posługując się podtytułem części pierwszej stwierdzę, że finalna odsłona to prawdziwy przykład, jak walka może ewoluować, jak bardzo może zostać udoskonalona.

Coś się kończy, coś zaczyna. Historia Cortany i Przymierza należy do przeszłości – autorzy zamknęli fabułę, twierdząc, że nie będzie kolejnych części. Dzieło Bungie na stałe zapisało się na kartach historii, jako gra, która udowodniła całemu światu, że to właśnie poprzez wspólną zabawę znikają wszelkie granice. Bez wyjątku, czy masz garba, płaskostopie, czy nazywasz się Renata Beger – każdy może uczestniczyć w czymś tak epickim, jak trylogia Halo.

Zalety:
  • uniwersum
  • epickość
  • starcia
  • maszyny
  • różnorodność poziomów
  • multiplayer
  • sztuczna inteligencja
  • świetna kampania reklamowa
Wady:
  • animacja postaci i mimika
  • ...ale my już to znamy
  • zbyt łatwa na „normalu”
Ocena ogólna 9
Grafika 8
Dźwięk 9
Grywalność Online
Offline
10
10
Żywotność Online
Offline
10
9

Zobacz:
» Halo 3 w Bazie Gier
» Jak oceniamy gry?




Komentarze Dodaj komentarz»

Yabol 31 października 2007, 16:02


Dobra recka


arturro87 3 listopada 2007, 15:48


Recka podobna do tej od chłopaków z programu Review Territory (czyli niezła) :) :)


polo 4 listopada 2007, 12:57


bardzo dobra, swietna


ziooleck 5 listopada 2007, 10:08


No w końcu Iggy to klasa sama w sobie :*


Iggy 5 listopada 2007, 13:15


alesz dzienkuje ziulku za wsparcie :*


igor 22 kwietnia 2008, 17:29


bardzo fajna gra szczególnie że można tworzyć rundki-ustawiać broń,pojazdy itp.



Dodaj swój komentarz

Autor:  
Komentarz:
Upewnij się, że Twoja wypowiedź nie łamie Regulaminu!

Dodaj komentarz
Mapa Serwisu | o XboxSpot | Kontakt| Reklama | Współpraca | Praca Designed by Piyo
Coded by SikalafO
Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze znajomością oraz akceptacją Regulaminu.
© 2004 - 2011 XboxSpot