XboxSpot XboxSpot
XboxSpot » Artykuły » Recenzje »

Medal of Honor: Airborne

Autor: Iggy    Opublikowano: 25 listopada 2007    Odsłon: 3610    »Skomentuj...

Zapach spalonego faszysty o poranku jest chyba najpiękniejszą zapłatą za trud włożony w ratowanie Ojczyzny. By jednak dopiąć swego, trzeba się niemało namęczyć z hordami SS-mańców, którzy tylko czekają, by z uśmiechem na twarzy wbić wrogowi bagnet w skroń, szyderczo przy tym mówiąc: „guten Tag!”. By przeciwdziałać takim właśnie działaniom mądrzy dowódcy amerykańskich oddziałów wymyślili dywizje powietrzno-desantowe. Eksperymentalne jednostki, niczym dywersanci oczyszczali drogę dla piechoty, wysadzając nieprzyjacielskie działa, bunkry, stacje radiowe, czy wreszcie samych oponentów.

Ten fakt nie umknął uwadze EA Games. Sprytni marketingowcy, wzorem biblijnej Ewy kusili i kusili, przez długi czas karmiąc graczy efekciarskimi zwiastunami nadchodzącej, kolejnej już części Medal of Honor. Miała być rewolucja, orzeszki w miodowej polewie i tańcząca go-go Ewa Sonnet. Ile w tym wszystkim prawdy?

Airborne, bo taki podtytuł ma kolejna część MoH, ukazuje wojnę z lotu ptaka, który jednak, po kilku godzinach spędzonych przy tym tytule, okazuje się jeno dużym, żabim skokiem. Najnowsza odsłona jednego z najsłynniejszych FPS-ów miała zmienić oblicze całego taśmociągu; po raz kolejny starano się udowodnić, że z tematu II WŚ nie wyciśnięto wszystkich soków. Autorzy postawili na nieliniowość, nietuzinkowe dla EA rozwiązania i, tak ogólnie, miano zerwać z dotychczasowym wizerunkiem serii. Jak wiadomo, starego psa nowych sztuczek nie nauczysz, można jedynie sprawiać pozory. Tak. Airborne to dobrze zakamuflowany średniak, z którego wieje archaicznymi rozwiązaniami. Większość budżetu poszła chyba na pensje marketingowców, którzy ze swojego zadania wywiązali się wzorowo. Po raz kolejny udowodniono światu, że odgrzewane kotlety wystarczy ładnie podać, by znalazły łasych nań głodomorów.

Z testowanym tytułem nie wiązałem zbytnich nadziei. Wypluwając marketingową papkę, nie uległem hype'owi. Pozostało mi rozsiąść się wygodnie na sofie, wychylić łyk piwa i przekonać się, że na froncie bez zmian.

Powrót do korzeni, rasowy przykład oldskulu — mowa o menu głównym. Kilka lecących blisko siebie samolotów, patetyczna melodia i wybór opcji. Nic więcej. Brak jakiejkolwiek akcji w tle — statyczne ujęcie aż razi. Jednak wśród graczy znajdują się tacy, którzy prostotę i kontynuowanie tradycji serii szanują. Są również tacy, którzy szybkimi kliknięciami, bez zbędnych ceregieli rozpoczynają swoją przygodę z grą.

Mówi się, że gdy znajdziemy człowieka, który odważy się wyskoczyć z samolotu, mamy do czynienia z prawdziwym żołnierzem. Dlatego niebezpodstawnie ośmielę się stwierdzić, że główny bohater Airborne – Boyd Travers — to Oral B wśród szczoteczek do zębów, Ferrari wśród aut... .

Przesadziłem. Członek 82. dywizji powietrzno-desantowej, którym kierujemy jest w rzeczywistości tak samo wystraszonym młodzieńcem, jak jego koledzy. Jednak, gdy zapala się zielone światło, wszystko inne, poza rozkazami, się nie liczy.

Przed rozpoczęciem misji, dzielni wojacy zbierają się w namiocie odpraw, gdzie dowódca w lakoniczny sposób objaśnia cele. Na każdej mapie jest ich całkiem sporo. Trzeba wspomnieć, że nowa odsłona MoH, to całkiem inne spojrzenie na wykonywanie/przebieg misji. Cele główne zaliczamy w dowolnej kolejności, co jednak nie powoduje znacznych zmian w rozgrywce. Ot, przez kilka sekund to gracz może być Bogiem, decydując, co zrobi najpierw.

Wstępem do każdej mini-kampanii jest rozreklamowany skok z samolotu, prosto na teren wroga. Siedząc na tyłku, często w mało komfortowych sytuacjach, jesteśmy świadkami piekła, jakie zgotowali nam faszyści. Coś tam wybuchnie, ktoś wyleci przez zniszczony kadłub, kule świszczą nad głowami spadochroniarzy — chwile pełne nerwów i niepokoju. Zielone światło, zbawiciel dla rzesz skoczków, jest sygnałem pełnej gotowości. Chwilę potem wyskakujemy, lub, gdy zwlekamy, zostajemy wypchnięci z samolotu. I tu dalsza część nowego patentu, jakim chwali się całe EA Games — pewna doza wolności — podczas lotu, gracz ma zdecydować, gdzie wyląduje. Punktem rozpoczęcia misji może być każde miejsce na mapie — szczęki opadają? W rzeczywistości, jesteśmy ograniczeni do obszaru, na którym pali się zielona flara, oznaczająca bezpieczne lądowanie, bez namolnych szwabów. Na upartego, można spaść z nieba w całkiem inne, nieoznaczone flarą miejsce. Tak bohaterskie posunięcie kończy się szybką śmiercią — należy pamiętać, że wrogowie czają się wszędzie. Wspomniana wcześniej wolność niesie za sobą, paradoksalnie, wiele ograniczeń — pic na wodę.

Człowiek ma jedno życie, kot już siedem, a spadochroniarz? Jak się okazuje — nieskończenie wiele. Stanu gry zapisać w dowolnym momencie nie można. Deweloperzy postanowili, że swoistymi checkpointami będzie wypełnienie pojedynczego zadania. Gdy gracz zostaje zabity, nie wraca do punktu kontrolnego. Każdorazowo, gdy wczytujemy grę/zaczynamy zabawę od checkpointa jesteśmy zmuszeni po raz kolejny wyskakiwać z samolotu. Daje to możliwość zaatakowania wroga z całkiem innej pozycji, co urozmaica rozgrywkę. Po pewnym czasie ciągłe skakanie zaczyna po prostu nudzić.

Przejście Medala to kwestia 7-12 godzin, w zależności, na jakim poziomie trudności gramy. Sześć misji, które autorzy ośmielają się określać mianem kampanii, to za mało, by przykuć uwagę gracza na więcej, niż jeden wieczór. Owe kampanie są zadaniami, które miały miejsce podczas II wojny światowej, tej niewirtualnej. Walka w sycylijskim słońcu z siłami włoskich faszystów — „czarnych koszul” — czyli misja pod kryptonimem Husky, jest pierwszą kampanią; zaraz po treningu, który w mym odczuciu urywa łeb. Widok amerykańskiej bazy lotniczej o zachodzie słońca, epicka muzyka i Ty — starający się oddać poprawnie swój pierwszy skok. Lecisz, obserwując podobnych Ci śmiałków, którzy wylatują z sąsiednich samolotów — po takim wstępie, byłem gotów na więcej... Dalej jest już bardzo nierówno. Misje potrafią zanudzić. Irytujące zadania, znane choćby z pierwszych części Medal of Honor — nieśmiertelne wysadzanie dział przeciwlotniczych. Szanowni szefowie EA: ileż można? Na szczęście, gra oferuje kilka ciekawych akcji. Lądowanie w Normandii z perspektywy spadochroniarzy to ukazanie tradycyjnie pojawiającej się misji w nowych szatach. Dzielni skoczkowie lądują na tyłach wroga, prowadząc działania, które pomogą piechocie przedostać się przez plażę. Wielka draka w Nijmingen, holenderskim mieście nad Renem, jest przykładem typowo urbanistycznych działań. Operacja Market Garden, której częścią było wysadzenie nadreńskich mostów, cieszy oko. Miasto rozciąga się aż po horyzont, ukazując zgliszcza i gruzy — pozostałości po kamienicach.

Backtracking bywa nieznośny. Bieganie i zaliczanie kolejnych celów misji wiąże się z powrotem do wciąż tych samych miejscówek. Takie rozwiązanie się nie sprawdza, gdyż gra traci na swej wojennej dynamice. Zerwano ze schematem poprzednich części, gdzie akcja wiodła gracza po sznurku do kulminacyjnego momentu, co nie wyszło serii na dobre.

Airborne pod względem starć z wrogimi jednostkami zbliża się do dzisiejszych standardów. Mimo to, minie kilka ładnych tysiącleci, zanim seria dorówna pod tym względem Brothers in Arms. By przeżyć, należy robić osłonę ze wszystkiego, co oferuje otoczenie. System wychylania się zza osłon cieszy — pomaga w najtrudniejszych sytuacjach utrzymać się przy życiu. Szczególnie jeśli czają się na nas snajperzy. Nie ma nic bardziej miodnego, niż lekko się wychylić, oddać pojedynczy strzał i czmychnąć ku kolejnej osłonie — namiastka prawdziwej II WŚ jak się patrzy!

Przeciwnicy podzieleni są na kilka klas, wyróżniają się noszonym uniformem, dzierżoną bronią i odpornością na nieustający grad kul z amerykańskich luf (bez podtekstów). O ile krzyczący po niemiecku panowie są do zaakceptowania, tak śmiercionośny szwadron odzianych w czarne sado-maso stroje SS-manów budzi uśmiech politowania. Dążące do wiernego odwzorowania wojny EA dało plamy, rzucając w ostatnie levele monstra dzierżące cekaemy. Jedynym wspólnym mianownikiem wrogów jest inteligencja, którą zarazili również naszych sojuszników. Ich AI jest niedopracowane. Wystarczy ustawić się w dogodnej pozycji, by kolejno ściągać wrogich żołnierzy, którzy nawet się nie zorientują, skąd padają strzały. Gdy oponent dostanie kulkę, stoi w miejscu czekając na śmiercionośny pocisk. Wśród nich znajdą się tacy, którzy miast strzelać, będą co chwila nerwowo wychylać się zza węgła, jakby tylko czekając na pokaz możliwości alianckiego snajpera.
Wrogowie atakują całymi gromadami, miotając granatami, które stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo dla gracza. Bywa to poniekąd denerwujące, gdy zostajemy zabici przez wybuch granatu, nie wiedząc, skąd został wyrzucony. Kilka razy zdarzy się umrzeć w bardzo nieoczekiwanym miejscu, gdy tylko wybuch przerywa sielankową ciszę. Nasi podkomendni również nie grzeszą intelektem. Zasłaniają pole widzenia, wpychają się pod lufy, czy zagradzają wejścia do pomieszczeń.

Dostępny w Airborne arsenał nie jest żadnym zaskoczeniem. Z łezką nostalgii w oku zabijemy kilku faszystów ze starego, dobrego Gardanda czy MP-40tki. Dwa rodzaje pistoletów, kilka karabinów, wyrzutnie rakiet, strzelby i shotgun. Każda z nich jest świetnie odwzorowana względem swych rzeczywistych odpowiedników. Innowacją jest natomiast system nabywania doświadczenia przez każdą pukawkę. O co chodzi? Za liczne, a przede wszystkim celne trafienia ładujemy pasek broni, którą się aktualnie posługujemy. Po odpowiednim czasie, pacyfikowanie kolejnych bastionów wroga owocuje ulepszeniem, które chociażby zmniejsza odrzut broni, powiększa magazynek, czy celność. Istnieją po trzy upgrejdy na każdy oręż. Dla wytrwałych i ambitnych będzie to nie lada gratka, by zobaczyć finalne wersje każdej z dostępnych broni. Lekkim przegięciem jest karabinek snajperski, z którym w łapie można przejść bez problemów całą grę. Wystarczy wygodnie położyć się za swoim oddziałem i kolejno ściągać niemiaszków, którzy nawet nie zdają sobie sprawy z potęgi kamperstwa.

Przed napisaniem recenzji zastanawiałem się, po co w ogóle wspominać o trybie wieloosobowym, jeśli uwaga 99,9% graczy skupiona jest teraz na multi oferowanym przez Halo 3. Nie pokuszę się również na żadne porównania z wyżej wspomnianym tytułem. Multiplayer w Airborne jest zlepkiem trzech trybów, z których wieje nudą. Prócz drużynowego deathmachu oddano Objective Airborn, gdzie trzeba przez określony czas bronić trzech sztandarów. Ostatnim trybem jest Airborne w konwencji team deathmach, gdzie siły alianckie każdorazowo odradzają się ze spadochronem na plecach, co umożliwia taktyczne podejście przeciwnika. Trybowi wieloosobowemu brakuje siły przebicia. Brak pojazdów, czy ubogość dostępnych trybów sprawiają, że po kilku minutach grania wrócimy do Halo 3.

Wojna od EA wygląda całkiem przyzwoicie. Zmodyfikowany silnik Unreal 3 dostosowano do realiów II WŚ. Stonowane kolory tworzą ponurą atmosferę, która uwypukla horror, jakim jest wojna. Jednakże na prawdziwe oklaski zasługują modele postaci i ich animacja. Podczas biegu widać, że grawitacja doskonale spełnia swoją rolę; żołnierze z pisaną im gracją pokonują przeszkody terenowe. Fenomenalnie wypada animacja postaci przyjmującej na klatę grad kul: delikwent miota członkami we wszystkie strony, klatka piersiowa rzucana jest siłą każdego pojedynczego naboju. Warto czasem zmarnować cały magazynek Tomphsona, by obejrzeć tak wspaniałe widowisko. Znając moc silnika, na jakim zrobiony został Airborne, należy być pewnym jakości efektów graficznych; mokra nawierzchnia, błoto, czy pełna dziur elewacja prezentują się przednio. By zachować swą jakość, środowisko w jakim się porusza gracz nie podlega destrukcji. Niedociągnięciem jest lubiąca często szarpnąć animacja.. Framerate spada często poniżej 30 klatek na sekundę, przypominając mi o komputerze, który kurzy się gdzieś w mieszkaniu. Najlepszym tego przykładem jest plansza mająca miejsce podczas lądowania w Normandii, gdzie liczba wyświetlanych klatek drastycznie maleje.

Udźwiękowienie każdej z części serii Medal of Honor stoi na najwyższym poziomie. Nie inaczej jest i tym razem. Do znanych fanom kawałków dorzucono kilka nowych, które równie dobrze pasują, budując pełną epickości i patosu atmosferę. Do tego dochodzą wszelakie odgłosy wojny, które nagrano z wielką pieczołowitością. Zadbano o wierne odwzorowanie dźwięków każdej z broni, tak by czuć, że stworzone są do siania pożogi wśród sił Osi.

Najnowszy Medal nie jest tytułem złym. Poprzez zbytnią pompę reklamową i puste gadki marketingowców, świat był gotów na Medal of Honor, jakiego świat jeszcze nie widział. W rezultacie otrzymaliśmy tytuł, który nie uchronił się przed typowymi dla całej serii błędami. Airborne jest widowiskowy i efekciarski, jednak w zalewie tegorocznych hiciorów ta gra schodzi na dalszy plan. Mimo wszystko wielka machina marketingowa, jaką jest EA, skutecznie wypromowała swe najświeższe dziecko, czyniąc zeń dar z nieba dla fanów FPS-ów osadzonych w realiach II wojny światowej.


Za udostępnienie gry dziękujemy firmie Electronic Arts


»Zobacz Medal of Honor Airborne w Bazie Gier
»Jak oceniamy gry?

Zalety:
  • muzyka
  • całkiem niezła grafika
  • arsenał podlegający ulepszeniom
  • klimat
  • niektóre momenty
Wady:
  • przereklamowana
  • lubiąca szarpnąć animacja
  • skoki spadochronowe na dłuższą metę są nudzące
  • brak jakiejkolwiek interaktywności
  • archaizmy
Ocena ogólna 7.5
Grafika 7
Dźwięk 9
Grywalność Online
Offline
8
7
Żywotność Online
Offline
8
7

Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry



Komentarze Dodaj komentarz»

FPP Master 26 listopada 2007, 9:37


Gra nie zasługuje na ocenę 7 max co bym jej dał to 6.5


ziooleck 27 listopada 2007, 13:21


A ja mam w domu szczoteczke Oral-B :)


MOH AIRBORNE PLAYER 15 grudnia 2007, 19:00


Grafa 9.5 i reszte na 9!!! To jest wypas gra.... tu nie ma nic do gadania.... taka grafe to nigdzie nie znajdziesz!!


iggy 16 grudnia 2007, 13:53


Grafa na 9,5? Przepraszam, ale wynika z tego, że w swoim zyciu grałeś tylko w Medala. Sprawdź CoD4, Bioshock, GoW.... . Grafika w Airborne jest średniaszcza i każdy obeznany w grach człowiek tak stwierdzi. Aloha.


Out 17 grudnia 2007, 15:54


Co za kret pisał tą recenzje weź człowieku no parodia nie recenzja. "...trzeba się niemało namęczyć z hordami SS-mańców, którzy tylko czekają, by z uśmiechem na twarzy wbić wrogowi bagnet w skroń, szyderczo przy tym mówiąc: „guten Tag!..." matka ci te texty pisze czy ci dziadek wycina z komiksów:) heheh wyłowiłbym więcej takich kwiatków...


alimos 29 grudnia 2007, 9:32


COD 4 jest lepszy od medala nie oszukujmy sie:D Mam medala w domu i smiaro twierdze ze ocena tej gry to dobre 7 i tyle



Dodaj swój komentarz

Autor:  
Komentarz:
Upewnij się, że Twoja wypowiedź nie łamie Regulaminu!

Dodaj komentarz
Mapa Serwisu | o XboxSpot | Kontakt| Reklama | Współpraca | Praca Designed by Piyo
Coded by SikalafO
Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze znajomością oraz akceptacją Regulaminu.
© 2004 - 2011 XboxSpot