Ninja. Nie-człowiek. Wywodzący się z Dalekiego Wschodu wojownik, pałający się nie tylko szpiegostwem i skrytobójstwem, ale także dyplomacją i sztukami magicznymi. Budzący grozę i fascynacje zarówno w czasach średniowiecznej Japonii jak i współczesnej popkultury. Kto z was chociaż raz nie słyszał o ninjitsu, shurikenach czy Ryu Hayabusie? Wyobrażenia o tej owianej tajemnicą grupie są różne, jednak wszystkie z nich już dawno zapuściły korzenie w świat otaczający młodego człowieka. Na co dzień spotykamy się z nimi w Internecie, filmach oraz, przede wszystkim, w grach video. Zdecydowanie najpopularniejszą z nich jest Ninja Gaiden, saga traktująca o wspomnianym wyżej Ryu. Postać ta zadebiutowała w 1988 roku, wraz z pierwszą odsłoną serii. Mimo dość dużej popularności, prawdziwą sławę na światową skalę zyskała dopiero podczas remake'u tytułu na konsole Billa (dla niewtajemniczonych: Xboxa). Dziś, po dwóch reedycjach i gościnnym występie w Dead Or Alive, stajemy u bram pełnoprawnej kontynuacji. Czy aby jednak na pewno są one otwarte dla starych wyjadaczy?
W udzielonym kilka dni temu wywiadzie, Pan Itagaki zapewniał, że następca kultowej pozycji (która notabene wyszła spod jego ręki) nie zerwie z przeszłością. Według niego polityka Team Ninja nie polega na tworzeniu gier od podstaw, a przystosowywaniu ich do obecnych standardów i doprowadzaniu do perfekcji. W takim razie co pójdzie na pierwszy ogień zmian w Ninja Gaiden 2? Oczywiście to, z czego słynie seria: system walki. W ramach wszechobecnej tendencji dążącej do brutalizacji gier zostanie wprowadzona możliwość odrąbywania kończyn. Jakkolwiek by to trywialnie nie brzmiało, wniesie do rozgrywki spory powiew świeżości i odrobinę sztuki, ale o tym za chwilę. Oczywiście Ryu, jako przedstawiciel dragon ninja, już wcześniej korzystał z tego udogodnienia w każdej możliwej sytuacji, jednak dopiero teraz będzie to miało bezpośredni wpływ na zabawę. Otóż pozbawiony ręki bądź innej kończyny przeciwnik zamiast zginąć męczeńską śmiercią w fontannach krwi, zmobilizuje się do walki. Od chwili amputacji jego czyny staną się bardziej desperackie, nieprzewidywalne i podsycone strachem oraz agresją. Przyznam, że widok śmiercionośnego wojownika, który próbuje atakować skacząc na jednej nodze może być dość komiczny, ale wstrzymajmy się z komentarzami do momentu ujrzenia tego w akcji. Na pewno na groteskowość obrazu nie będzie wpływać posoka, która lać się ma basenami. Autorzy starają się, by była jak najbardziej realistyczna, a zarazem nie zatraciła swojej dawnej plastyczności. Co więcej, każdy oręż zadawać będzie odmienne typy obrażeń. Współczynnik trafień również ma być zależny od tego, co aktualnie dzierżymy w łapkach. Sami przyznacie, brzmi to trochę jak średnio ambitny slogan reklamowy. No cóż, przynajmniej nie musimy słuchać o „real time weapon changing”… Czy aby jednak na pewno? Developerzy nie omieszkali pochwalić się kolejnym, wprowadzonym usprawnianiem. Wcześniej, by zmienić broń trzeba było zakosztować widoku menu i przedzierać się przez gąszcz opcji. Tym razem każda pałka, miecz czy włócznia zostanie przypisana pod krzyżak, co umożliwi nam płynną, bezstresową zmianę stylów. Na marginesie, jeszcze dwa, góra trzy lata i producenci będą szczycić się tym, że zmienili kolor oczu jakiejś offside’owej postaci. Litości…
Znane i lubiane techniki Nimpo, czyli swoistej magii, również ulegną małej modernizacji. Oczywiście nikt nie odważyłby się na ich całkowite przemodelowanie, mówimy tu raczej o delikatnej kosmetyce. Pan Itagaki od dziecka był miłośnikiem hardcorowych, arkadowych strzelanin, w związku z czym postanowił przemycić do swojego najmłodszego dziecka kilka staroszkolnych rozwiązań, znanych choćby z Geometry Wars. Zdziwieni? Pozwólcie, że posłużę się przykładem: pamiętacie bombę neutronową, która czyściła ekran? W Ninja Gaiden 2 jej funkcje pełni ukochany przez zastępy fanów Hurricane. Z tym wyjątkiem, że dalej położeni przeciwnicy nie zostaną momentalnie wyeliminowani, a jedynie pokaleczeni. Rozwiązanie to wydaje się logiczne i może wyglądać efektownie, lecz jakoś specjalnie nie budzi ślinotoku, przynajmniej u mnie.
Po przeczytaniu powyższych zdań, zapewne zastanawiacie się teraz nad celem tych wszystkich zabiegów. Bo przecież jaki sens ma walka do przysłowiowej śmierci, skoro można zostawić za sobą lekko uszkodzone tabuny niedobitków i dalej przeć naprzód. I, analogicznie, jaki sens ma gra w Ninja Gaiden pozbawionego ducha pierwowzoru (czyt. sieka, sieka, sieka, do końca)? Twórcy również to zauważyli i po chwili zastanowienia rozgryźli problem. Od tego momentu bez wahania można stwierdzić, że esencja zabawy będzie tkwić w pasku zdrowia. Stwierdzenie na pierwszy rzut oka banalne, ale nic bardziej mylnego. Otóż postanowiono zmusić gracza do ostatecznej eksterminacji rywali. Po prostu, w przypadku lenistwa i pędzenia przed siebie na złamanie karku, życie przestaje się odnawiać. Nie muszę chyba tłumaczyć, czym będzie to skutkować. Aby podreperować nadkruszoną energię trzeba tłuc zastępy wrogów do ostatniej kropli krwi. Sprytne, aczkolwiek przez to stworzono swoiste koło usprawnień i udoskonaleń. Oby nie było ono błędne.
Nie ma co ukrywać, bestseller na tak mocno sieciową konsolę, jaką jest Xbox 360, musi mieć rozbudowaną funkcję integracji z Live. W przeciwnym wypadku może zostać skazany na szybkie zapomnienie i strącenie w czeluści gier jednokrotnego użytku. Team Ninja zdaje sobie z tego doskonale sprawę, ale… no właśnie. Już jakiś czasem temu zapowiedziano, że w najnowszym spotkaniu z Hayabusą nie uświadczymy trybu kooperacji, przynajmniej w klasycznym wydaniu. Według Itagakiego nie pasuje to do wizerunku wojownika cienia, który zawsze samemu zmaga się z przeciwnościami. Kwestia dość sporna, ale zostawmy ją bez komentarza. Co prawda trwają prace nad umieszczeniem w rozgrywce psa bądź sokoła, które mogłyby zostać oddane pod kontrole jednego z bawiących się, ale nie jest to nic pewnego. Swoją drogą, zastanawiające jest, jak miałoby to wyglądać. O trybie versus wiadomo jedynie tyle, że ukaże się jakiś czas po premierze, w formie paczki do ściągnięcia. Przypomina to rozwiązanie znane z Hurricane Pack, z tym, że na trochę większą skalę. Podobnie sytuacja wygląda z wprowadzonym w NG: Black mission mode. Najprawdopodobniej wszyscy chętni zassą go z Xbox Live w bliżej nieokreślonym terminie. I wszystko fajnie, szkoda tylko, że producenci wywęszyli łatwą kasę i uparcie zaczęto dzielić tytuły na odpłatne części. Bo chyba nikt nie sądzi, że łatki otrzymamy za darmo.
Na zakończenie warto wspomnieć, że muzyka, która towarzyszyła prezentacji gry i przegrywała w tle dema, naprawdę trzyma poziom. Preferencje muzyczne to kwestia gustu, ale akurat główny motyw powinien spodobać się wszystkim, którzy lubują się w pompatycznych klimatach. Oby reszta kawałków dotrzymała mu kroku i będzie klasa. Niestety, zupełnym przeciwieństwem udźwiękowienia jest obraz, którym raczy nas Team Ninja. Z bólem stwierdzam, że w obecnej fazie projektu grafika naprawdę zawodzi. Rozlazłe tekstury, słaba animacja i, rzecz niedopuszczalna, pikseloza. Nie wygląda to wszystko najlepiej, zwłaszcza, że otoczenie nie jest jakoś specjalnie wyposażone w detale. No cóż, pozostaje tylko zrzucić to na wczesny etap prac grafików i modlić się, by wszystko zostało poprawione przed premierą. A ta już za rogiem, bo na początku marca. Do tego czasu radzę oczyścić umysł i ćwiczyć ciało, bo nie podlega wątpliwości fakt, że wyzwanie będzie ekstremalnie trudne.
»Zobacz Ninja Gaiden 2 w Bazie Gier