XboxSpot XboxSpot
XboxSpot » Artykuły » Recenzje »

Burnout Paradise

Autor: Edmund McCry    Opublikowano: 4 marca 2008    Odsłon: 3372    »Skomentuj...

Zapach prażonego na asfalcie piasku z domieszką świeżej benzyny…gdzieś na zachodnio-środkowych krańcach stanu Arizona… na drodze Route 66. Niejednemu z fanów pojazdów na czterech kółkach włos by się zjeżył na myśl o przemierzeniu tej słynnej trasy międzystanowej. Jednakże z powodu niskich zarobków, braku wolnego czasu czy też niepewności, większość z ludzi żyjących w tym kraju nie może pozwolić sobie na przebycie Dzikiego Zachodu. Dziś, dzięki wysoko rozwiniętej technologii, przeciętny obywatel, za sprawą dwóch cudnych konsol — PlayStation 3 oraz Xbox 360 — ma możliwość doznania podobnej ekstazy, spowodowanej przez najnowsze dzieło Criterion Games — Burnout Paradise. Potężna dawka adrenaliny, jaką zaserwowali nam twórcy w siódmej części gry, dorównuje poprzednim odsłonom serii. Czy jednak wszystko wyszło tak pięknie, jak się spodziewaliśmy?

Wydana w 2001 roku gra Burnout poszerzyła horyzonty świata elektronicznej rozrywki. Gracz potrzebował poczucia niewyobrażalnej prędkości oraz swobody w wykonywaniu ekstremalnych, wręcz psychodelicznych pod względem duchowej brutalności, stłuczek. Burnout takich przeżyć dostarczał. Nie była to gra symulacyjna — jedyne ograniczenie stanowiła nasza wyobraźnia oraz moc obliczeniowa konsol PS2, NGC oraz Xbox. Kontrowersyjne odejście od wcześniejszych wzorców zapewniło twórcom ogromny sukces, który wykorzystali, wydając kolejne części. Dziś, w obliczu nowej generacji konsol, pojawia się Burnout Paradise.

Ów epizod dość stanowczo specyfikuje nowy kierunek, w jakim udali się twórcy. Akcja gry nie rozgrywa się już na wyznaczonych, rozsianych po całym świecie, trasach. Teraz do dyspozycji otrzymujemy całą, wielką metropolię — Paradise City. Miasto położone jest nieopodal wysokich gór, a od strony wschodniej ogranicza je ocean. Na środku znalazła się również zatoka oraz parę mniejszych jezior. W samym centrum potężne wieżowce ustępują miejsca mniejszym, również wartym naszej uwagi, budynkom. Nie uświadczymy tu korków, zmory wszystkich kierowców. Samochody są tak dobrze rozstawione na drogach, aby umożliwić nam swobodny przejazd. Autorzy gry dali nam możliwość jazdy po całym mieście już od samego początku, co stanowi zapewne duże udogodnienie. W końcu można to nazwać wolnością. Paradise City to ogromny raj, zaopatrzony we wszystko, czego nam — dawcom narządów — potrzeba. Nie zabrakło tu więc także stacji benzynowych, gdzie zatankujemy nasz dopalacz, oraz warsztatów naprawczych i oczywiście Junkyard. Na złomowisku będziemy mogli przejrzeć wszystkie nasze bryki (jest ich do zdobycia w sumie ponad 70) oraz wybrać tę, która akurat przyda nam się w wyścigu. Zawsze mamy możliwość zmiany koloru i wzorów dla naszego auta, tak więc każdy dostosuje samochód do własnych upodobań. Twórcy zapewnili nam także sporo rozrywki poza udziałem w wyścigach. Po mieście rozstawionych jest pełno skoczni, bilbordów do rozwałki czy też bramek. Zabawy jest więc co niemiara, a wszystko po to, abyśmy czuli się jak w raju…

Wspomniałem o zawodach samochodowych, głównej atrakcji tytułu. Startujemy, zatrzymując się na każdym, dowolnym skrzyżowaniu. Prócz starych, dobrze znanych trybów, takich jak widowiskowy Takedown oraz emocjonujący wyścig, autorzy pokusili się o dodanie czegoś nowego. Miłośników szalonych manewrów zapewne ucieszy fakt, iż w nowym Burnoucie pojawił się Stunt Run. Naszym zadaniem w tej konkurencji jest wykonanie jak największej ilości skoków oraz driftów w określonym czasie. Następną nowością jest Marked Man. Musimy dojechać z punktu A do B. Z pozoru mogłoby się to wydawać strasznie łatwe, lecz w naszej wycieczce do punktu docelowego towarzyszyć nam będą źli kierowcy w czarnych samochodach. Ich rolą będzie powstrzymanie nas, nim dotrzemy na miejsce. Bez żadnych skrupułów zdmuchną nas z jezdni, pozostawiając przy rozbitej przeszkodzie. Kiedy doznamy krytycznego uszkodzenia, będzie to oznaczać, iż nasza przygoda zakończyła się i należy zacząć ponownie. Zawody Marked Man z pewnością należą do najbardziej irytujących w tej odsłonie i sprawdzą się w nich tylko gracze o mocnych nerwach i nadzwyczajnej cierpliwości. Fanów pierwszych części serii czeka pewne rozczarowanie związane ze zmodernizowaniem trybu Crash, który mocno odbiega od pierwowzoru. W każdym momencie gry mamy możliwość skorzystania z owego trybu (teraz nazywa się Showtime), rozbijając w pył nadjeżdżające samochody. Odbywa się to na zasadzie swobodnego „lotu”, w którym, pomagając sobie dopalaczem, kierujemy się z miażdżącą siłą na wymierzony cel. Szczerze mówiąc taką innowację należy uznać za zbędną. Mi osobiście więcej frajdy dawało zderzenie się z samochodem oraz patrzenie jak, dzięki nadjeżdżającym autom, niewinny wypadek zmienia się w wielką kraksę. Warto zaznaczyć, iż wyścigi nie odbywają się na wyznaczonej trasie, lecz w całkowicie swobodnych warunkach. Pomóc w namierzeniu drogi do mety ma coś w rodzaju kompasu, który nijak ma się do rzeczywistości. W efekcie, zamiast patrzeć przed siebie, spoglądamy do góry ekranu. W momentach, kiedy mamy ułamek sekundy na wykonanie manewru, okazuje się, że jest już za późno, a wszystko to za sprawą braku uwagi.

Wstawki filmowe, ukazujące widowiskowe rozkładanie pojazdu na drobne części, zostały bardziej dopieszczone. Jednakże twórcy gry przesadzili z długością ich trwania. Oglądanie po raz któryś z kolei tej samej, długiej fazy zgniatania samochodu robi się po czasie nużące i negatywnie wpływa na rozgrywkę. Wielu graczy narzeka, iż w środku zwiniętego wraku maszyny chciałoby ujrzeć kierowcę. Faktycznie, widok poćwiartowanych szczątków ludzkiego mięsa walających się gdzieś po tapicerce byłby bardzo fajny. Ciekawe tylko, co mieliby do powiedzenia przedstawiciele ogólnoeuropejskiego systemu klasyfikacji gier PEGI...

Ogólnie rzez ujmując, tryb gry dla pojedynczego gracza przedstawia się bardzo atrakcyjnie. Dodatkowo, system awansowania na coraz wyższe licencje stanowi dużą zachętę. Niestety, po każdym awansie jesteśmy zmuszeni do wygrania tych samych zawodów, co po pewnym czasie zaczyna zniechęcać do dalszej gry. Jednakże fakt iż w Burnout Paradise łącznie znajduje się 120 takich zawodów, spodoba się tym, którzy jeszcze nie są zdecydowani na ten tytuł.

Czas przejść do trybu gry wieloosobowej. Ten aspekt w Burnout Paradise wyszedł naprawdę świetnie. Szczególnie prosty sposób łączenia się z przyjaciółmi robi wrażenie. Teraz wystarczy tylko parę zręcznych ruchów na krzyżaku i już możemy oddać się tej, jakże miodnej, rozrywce. Do dyspozycji mamy tryb, w którym sami zdecydujemy o starcie wyścigu oraz wybierzemy metę i początek trasy. Dodatkowo określimy punkty kontrolne, przez które trzeba będzie przejechać, co reglamentuje w pewnym stopniu swobodę wyboru trasy. Twórcy przygotowali także 350 zadań do zrobienia; niestety ograniczają się one do podjechania na miejsce spotkania i wykonania paru prostych skoków czy innych manewrów. Podsumowując, jest co robić. O ile bardziej klimatyczne zdawały się rozgrywki w poprzednich odsłonach, te sprawują się także znakomicie, za co należą się autorom brawa.

Nowa generacja to przede wszystkim dźwięk i grafika na najwyższym poziomie. O dużej liczbie gier dostępnych na obydwu platformach — Sony i Microsoftu — tego powiedzieć nie można. Na szczęście Burnout Paradise spełnia oczekiwania estetyków, serwując im danie najwyższej jakości. Miasto wykonane jest naprawdę świetnie. Na swojej drodze napotkamy potężne wiatraki, ogromne wieżowce, wielki kompleks z tamą, długie mosty czy tunele. Raj przemierzymy pięknymi szosami, które onieśmielą nas swym ideałem; zupełnie inaczej niż w Polsce… Niestety zmiennych warunków pogodowych autorzy gry nam nie zapewnili. Ujrzymy tylko czasami zmierzch słońca, które zaraz po tym wstaje, nie dając utopić świata pod czarną zasłoną. Szkoda, gdyż pewnie każdy chciałby zobaczyć raj także w innych odcieniach. Samochody, jak i w poprzednich częściach, wyglądają bardzo realistycznie. Szczegółowość oraz fizyka rozkładania na części pierwsze pojazdu zaskoczą niejednego. Gra śmiga w 60 klatkach na sekundę i nie zacina się nawet przy większych obciążeniach.

Jakość udźwiękowienia również nie zawodzi, a wręcz rozpieszcza zmysły. Jak Boga kocham, jest to najlepiej wykonany szczegół gry, do którego nie można mieć większych zastrzeżeń. Świeże, młodzieńcze kakofonie zostały doskonale zastąpione przez utwory starej gwardii. Pośród 40 soundtracków swoje miejsce zagrzały takie gwiazdy jak Guns N’ Roses, Depeche Mode, Jupiter One, a nawet Avril Lavigne. Prezentują oni najwyższą formę oddając nam do słuchania naprawdę boskie kawałki. Jest to przede wszystkim połączenie rocka, popu i innych ekspresyjnych gatunków, które świetnie oddają pełen emocji nastrój panujący w grze. Sporą ciekawostką jest włączenie do listy także utworów najbardziej znanych kompozytorów muzyki klasycznej. Przepiękne melodie Mozarta czy też Czajkowskiego w trakcie wygaszacza ekranu zadowolą każdego melomana. Z pewnością taki rodzaj muzyki potrafi doskonale uspokoić skołatane nerwy i przywrócić siły do ponownej rozwałki. Dźwięki wydobywające się z naszych potężnych silników to istna poezja. Wielokrotnie przekonamy się o tym, iż słynne brytyjskie studio nie szczędziło pieniędzy, nagrywając przeróżne sekwencje dźwiękowe z prawdziwych samochodów. Szczególnie dużym plusem jest możliwość własnoręcznego odpalenia silnika. Wówczas to poczujemy olbrzymi potencjał Burnout Paradise…

Podsumowując. Burnout Paradise to wbrew pozorom nie tylko tytuł dla dzieci z zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym, lecz także dla tych, którym wyścigi i towarzyszące im odprężenie nie jest obce. Gra dostarcza kilkadziesiąt godzin niezłej zabawy, do której chętnie będziemy powracać. Znów usłyszymy głos DJ Atomica, który nieudolnie będzie próbował nas zmobilizować po przegranej. W efekcie Paradise City stanie się naszym drugim domem, utwierdzając nas w przekonaniu, że tutaj tylko wygrana się liczy. Masa zawodów, rekordów do pobicia, billboardów do rozwałki oraz fur do zdobycia — to wszystko, wraz z piękną oprawą audiowizualną, tworzy z tej odsłony bardzo solidny tytuł, ku któremu każdy powinien się zwrócić. Jedynym większym zastrzeżeniem jest ponowny brak trybu Crash, który, mniej lub bardziej, nadawał Burnoutom swoistego klimatu. Miejmy jednak nadzieję, że przy kolejnej części to „niedopatrzenie” zostanie naprawione, a my otrzymamy produkt na poziomie legendarnego już B3 Takedown.

Zalety:
  • wspaniała grafika i dźwięk;
  • bardzo dobry tryb online;
  • dużo samochodów do odblokowania;
  • Paradise City: swoboda i klimat;
  • długość rozgrywki.
Wady:
  • brak trybu Crash;
  • zbyt długie sekwencje stłuczek.
Ocena ogólna 9
Grafika 9
Dźwięk 10
Grywalność Online
Offline
8.5
9
Żywotność Online
Offline
9
9

Za udostępnienie gry dziękujemy firmie EA Polska.

Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry



Komentarze Dodaj komentarz»

Lucas 4 marca 2008, 10:56


GJ :P świetna recka


iggy 6 marca 2008, 12:45


"na drodze Route 66" - yyy.. masło maślane?:)


kasztan 27 marca 2008, 17:29


Niezła recenzja a co do komentarza iggy"ego To sforułowanie jest poprawne a jak by brzmiało na trasie 66, nie sepcjalnie. Route 66 to nazwa własna tak nazywa się ta autostrada, tak samo napisałbyś na trasie/drodze A4 w polsce.


krystek 3 kwietnia 2008, 15:33


gierka daje rade jak najbardziej.predkosc robi swoje!! :D



Dodaj swój komentarz

Autor:  
Komentarz:
Upewnij się, że Twoja wypowiedź nie łamie Regulaminu!

Dodaj komentarz
Mapa Serwisu | o XboxSpot | Kontakt| Reklama | Współpraca | Praca Designed by Piyo
Coded by SikalafO
Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze znajomością oraz akceptacją Regulaminu.
© 2004 - 2011 XboxSpot