W życiu pewne są 2 rzeczy: śmierć oraz cellulitis na udach żony po trzydziestce, jeżeli masz pecha to nawet i wcześniej. Przed śmiercią winno oddawać się rozkoszom cielesnym, braniu z życia pełnymi garściami i smakowaniu każdego zakazanego aspektu, na który tak nas wyczulała mama. Nie piszę tutaj o puszczaniu pierdów w zatłoczonym tramwaju czy bieganiu z wywalonym na wierzchu faforem po ulicy, jeno o nieco bardziej wysublimowanych doznaniach. Jesteś graczem z krwi i kości, więc ani chybi powinieneś przed kremacją zasmakować jednej z najlepszych gier FPP wszechczasów — Half-Life'a 2. Ileż najprzeróżniejszych tytułów gry roku tytuł Valve dostał, nie zliczyłbym mając do dyspozycji nawet wszystkie palce u rąk i stóp. Do 10. października (19 X 07 w Polsce) 2007 roku najsławniejszy operator łomu omijał kremowe pudełko, by w końcu z przytupem wejść na konsolowy rynek (wcześniej mieliśmy jeno port na pierwszego Xboxa).
Orange Box, mimo nazwy kojarzącej się z pudłem pomarańczy, tak naprawdę pudłem pomarańczy nie jest (eureka!). Amatorzy słodko-kwaśnego owocu mogą czuć się zawiedzeni, natomiast cała rzesza graczy może unieść pady wysoko ponad głowę w geście radości. Oto bowiem trafiła w nasze ręce wypasiona kompilacja 5 tytułów:
- Half - Life 2
- Half - Life 2: Episode One
- Half - Life 2: Episode Two
- Portal
- Team Fortress 2
By nie psuć sobie zabawy, radziłbym zabrać się za Orange Box (OB to taki niefortunny skrót) od chronologicznej strony. Nie wiadomo ile dokładnie piwa w mym gardle upłynęło od pamiętnych wydarzeń w kompleksie wojskowo-badawczym Black Mesa. Gordona Freemana wita G-Man, który standardowo jest oszczędny w słowach, a cała jego paplanina owiana jest mgłą tajemnicy. My natomiast domyśleć się jedynie możemy, że prawdopodobnie posłużymy w jakimś misternie uknutym przezeń planie. Na dywagacje jakiż to plan wymyślił dla nas „Pan z aktówką” zbytnio nie będziemy mieli czasu, bo po chwili wypełzamy z obskurnego pociągu na stację City 17, gdzie wyruszymy ku przygodzie i innym pierdołom. W mieście jak rzucić okiem, jest niewesoło. Ludność jest pacyfikowana, a całym tym burdelem zarządza dr Breen: marionetka w rękach Kombinatu — obcych, którzy zapanowali nad Ziemią. Ostatnie niedobitki buntowników próbują walczyć z systemem, „szarą siecią” i „układem”. Muszę przyznać, że średniawo im to wychodzi. Zapewne gdyby stać ich było na czterech Albańczyków i wiadro naboi, sytuacja wyglądałaby zgoła odmiennie. Tak więc do walki przyłączymy się my — nietuzinkowy doktor o niepozornym wyglądzie, niewydający z siebie nawet pomruków zadowolenia na widok kształtnych pośladków Alyx Vance. Za córką naszego starego znajomego — Eli Vance'a — z wywieszonym do pasa jęzorem uganiać się nie będziemy, wszak doktora bardziej kręcą różnorakie wykresy z „dużych, śmiesznych, wydających dziwne odgłosy maszyn”. Tak poza tym mamy na głowie jeszcze wredny Kombinat, a Alyx nie wydaje się być jedną z tych „łatwych lecących na typów w okularach i łomem w ręku”.
Zabawa od czasów pierwszego „połowicznego rozpadu” nie zmieniła się zbytnio. Nadal biegamy zakuci w HEV Suit do dyspozycji mając łom i kilka innych narzędzi, dzięki którym będziemy łamać piąte przykazanie. Sposób narracji także nie uległ zmianom. Całą akcję obserwujemy z oczu bohatera, scenki przerywnikowe nie istnieją, wszystko liczone jest na bieżąco, a nasz brodaty kolega w okularach to 100% niemowa. Doszło rozbijanie się pojazdami, co samo w sobie jest posunięciem jak najbardziej godnym przyklaśnięcia, ale rozwiązania sterowania za pomocą lewej gałki już mocno średnio przypadło mi do gustu (cofanie jest upierdliwe niczym wyciskanie pryszczy na plecach). Gdy zebrać to wszystko do kupy, to, jak na końcówkę roku 2007, w tym aspekcie gierka, która przyszła na świat w 2004 r., trzyma się nadal świetnie. Co więcej, fizyka i mimika twarzy to nadal ścisła czołówka. Od strony technicznej nie ma się za bardzo do czego przyczepić. Jedynie tekstury wyglądają niekiedy tak, jakby właśnie zwrócił je niemowlak. W zaciemnionych pomieszczeniach wychodzi też miejscami paskudny gradient, a paletę kolorów umiejscowiłbym w okolicach 8 bitów. Fuj. Dotyczy to jedynie Half-Life'a 2 oraz Episode One. W ostatnim dodatku wszystko jest na swoim miejscu — HDR ładnie bije po oczach, Alyx jeszcze ładniej się uśmiecha i kręci pupą. Za stroną dźwiękową odpowiada ten sam człowiek co poprzednio. Ambientowo-elektroniczne kawałki Kelly'ego Baileya do klimatu growego sci-fi pasują idealnie, i masz ochotę pozabijać wszystkie headcraby napierając starymi oponami od Stara przy pomocy Gravity Guna.
Taka radosna rozwałka, zabawa w puzzle, śmieszne sytuacje z dr Kleinerem i potęgujące klimat sekcje walki ze Striderami (coś na wzór dużych pajęczaków z Wojny Światów Spielberga) towarzyszą nam przez cały HL2.
W Episode One ostała się jedynie ta pierwsza część atrakcji, reszta jest zrobiona tak sobie. Klawo, że rozgrywa została wzbogacona o nowe elementy, oraz że więcej czasu spędzimy u boku pięknej Alyx. Szkoda, że po fajnym początku klimat siada, a my bawimy się w odstrzeliwanie kolejnych partii zombie i żołnierzy. Samą historyjkę łykamy dosyć szybko — w 4h zaliczamy ucieczkę z City 17, która z głowy wypada równie szybko, co czas przeznaczony na depilację nóg. Momentów zapadających w pamięć jest góra trzy, więc bez zbędnego żalu przeszedłem do Episode Two. Tutaj z kolei tempo umiejętnie i powoli jest podkręcane, a większość misji ostro kojarzyło mi się z pierwszym Half-Life'em. Ucieczka przed dużym robalem w podziemnych korytarzach mocno zalatywała przygodami Gordona w ostatnich misjach na planecie Xen. Autorzy postawili również na otwarty teren, większą destrukcję otocznia, kilka zabawnych momentów z ocalałymi ludźmi. Po zmiksowaniu tych składników wychodzi najlepsza część z dotychczas dostępnych. Nadal w pośladek kłuła mnie długość rozgrywki oraz to, że końcówka bezczelnie sprowadziła moją osobę do parteru mówiąc: „Kolego, chcesz zobaczyć, co też skrywa legendarny statek Borealis i zamknąć historię opowiedzianą w HL2 raz na zawsze? Poczekaj na Episode Three”. Z marketingowego punktu widzenia posunięcie jak najbardziej słuszne, ale miejmy nadzieję, że nie dostaniemy ponownie gry na 4-5h.
Pomarańczowy krążek, prócz wymienionych atrakcji, skrywa jeszcze jedną perełkę — Portal. Portal jest nietypowym, nieszablonowym FPS-em. Jeżeli w kilku słowach miałbym streścić grę, powiedziałbym: „strzelanka bez strzelania” bądź użył oklepanego określenia „logiczny FPS”. Tylko tutaj naprawdę trzeba zmuszać szare komórki do wysiłku. Pamiętacie kozackie portale z Prey'a? W Portalu będziemy mogli tworzyć takowe przy pomocy „Aperture Science Handheld Portal Device” (ASHPD), i śmigać do miejsc z pozoru niedostępnych. Gra w zasadzie opiera się na tym patencie (tworzeniu portali) i wypełnianiu questów narzucanych przez sztuczną inteligencję, celem przetestowania owego urządzenia. Cała otoczka fabularna lekko pachnie kapitalnym filmem Cube. Z tą różnicą, że jesteśmy sami i pozornie wiemy, co nas czeka na końcu — pyszne ciacho:) Nie jest też tak do końca poważnie, do czego wybitnie przysłużyła się SI, o infantylności bezdusznego sześciolatka. Niekontrolowane salwy śmiechu gwarantowane. Dizajnersko przypomina już HyperCube — szaro-biała tonacja i panujący wszechobecny minimalizm. Przebrnięcie przez wszystkie poziomy to zabawa na maksymalnie 4 godziny. Owszem, dochodzą później utrudnienia typu „przejdź level w określonym czasie” czy „wykombinuj sobie człeku, jak przejść level tworząc jedynie określoną ilość portali”, ale pewien niedosyt pozostaje. Zwłaszcza, że kombinując jak koń pod górę oraz śmiejąc się pod nosem z tekstów głupich wieżyczek strzelniczych, cały czas ma się ochotę na więcej. Czy Portal zapoczątkuje nowy gatunek „niuł łejw of łamigłówkas”? Kto to wie, na growym rynku póki co cisza w temacie, i by ponownie na naszej twarzy rysował się grymas spowodowany myśleniem trzeba będzie chyba poczekać na... Portal 2.
Ostatnią pozycję zajmuje Team Fortress 2, jednak ze względu na padaczkowate łącze przy tej pozycji nie spędziłem wiele czasu. Cel-shadingowy dizajn i humorystyczne podejście do tematu sieciowych strzelanek być może przypadnie komuś do gustu.
Na koniec zamiast silić się na wzniosłe dyrdymały, wziąłbym miotłę i pogniłbym Was szybko do sklepu. Zwłaszcza że grę można wyrwać na aukcjach po naprawdę atrakcyjnej cenie. Wątpliwości co do używania miotły miałbym wobec osób, które HL2 oraz dodatki zaliczyły wcześniej na PeCecie. Stówka za Portala i TF2? Cena z lekka powodująca dziwne skrzywienie na gębie. Pozostaje zabawa barterowa, albo risercz po znajomych. Dla Portala warto... Are you still there?
|
Zalety:
- 5 in 1
- Portal
- pośladki Alyx Vance
- Historia (HL2+dodatki; Portal)
- Humor
|
Wady:
- czasami niedomagająca grafika
- Portal krótki niczym rozum po spożyciu wódki
|
|
| Ocena
ogólna |
|
9.5
|
| Grafika
|
|
7.5
|
| Dźwięk
|
|
9
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
—
9.5
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
—
9.5
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry