Chyba wszyscy się ze mną zgodzicie, że Grand Theft Auto IV to najgorętsza i najbardziej oczekiwana przez graczy premiera pierwszej połowy tego roku – na hity tej drugiej jeszcze przyjdzie nam poczekać. Czy 3,5-letnia praca ponad tysiąca osób i wydanie na produkcję oraz reklamę całkiem pokaźnej kwoty – bagatela stu milionów dolarów – wystarczy, aby spełnić ogromne oczekiwania graczy, przekładające się na sukces finansowy? Odpowiem w ten sposób: każda z części cyklu zawsze zasłużenie dobijała się miana hitu, nie inaczej jest i tym razem. Wyniki sprzedaży po półtora miesiąca od premiery oraz wyjątkowo pochlebne recenzje są na to najlepszym dowodem – w końcu Liberty City odwiedziło już 6 milionów nowych obywateli; co jak co, ale uzyskanie takiego wyniku w przeciągu tak krótkiego okresu jest naprawdę sporym osiągnięciem. W celu przybliżenia najnowszej produkcji Rockstar tym, którzy jakimś cudem jeszcze nie wcielili się w Niko Bellica, sporządziłem recenzję tego tytułu. W imieniu redakcji XboxSpotu serdecznie zapraszam do lektury.
Chyba nie muszę nikomu przypominać, że akcja czwartej części „Grand Theft Auto” przenosi nas ponownie do wzorowanego na Nowym Jorku Liberty City – metropolii, której ulice przyszło nam już przemierzać w aż czterech odsłonach serii. Miasto podzielone zostało na pięć dzielnic stworzonych z prawdziwym rozmachem, swymi rozmiarami dorównującym przy tym rzeczywistym odpowiednikom. Zobaczcie sobie tylko mapę Liberty – terenowi naszych działań naprawdę niewiele brakuje do wielkości obszaru znanego z San Andreas, a przecież mają się jeszcze pojawić dwa DLC dodające zupełnie nowe miasta… Tak więc na czterech wyspach połączonych ze sobą mostami rozlokowano dzielnice: Broker, Bohan, Alderney, Algonquin oraz Dukes. Z czasem odblokowujemy dostęp do wszystkich. Aby przedostać się z jednej wyspy na drugą, musimy wnieść symboliczną opłatę 5 dolarów przy specjalnych przejściach znajdujących się nieopodal większości z mostów. Podoba mi się także pomysł na rozkład ulic. Już nie mamy do czynienia wyłącznie ze „skrzyżowaniami” – ulice odchodzą na wszystkie strony, są i kręte i proste oraz ,co ważniejsze, każda z nich ma swoją własną nazwę! Dzięki temu każda z nich jest miejscem wyjątkowym i niepowtarzalnym.
Głównym bohaterem, którego oddano nam pod kontrolę, jest niejaki Nikolai „Niko” Bellic – serbski imigrant, były żołnierz oraz rzezimieszek, pragnący zapomnieć o swojej awanturniczej i niezbyt przyjemnej przeszłości i rozpocząć swoje życie całkowicie od nowa. Dlatego zwiedziony zachęceniami swego kuzyna Romana, który dosyć mocno „podkoloryzował” prawdę na temat swojego „Amerykańskiego Snu”, przypływa na pokładzie brudnej i zaniedbanej łajby do Liberty City. Muszę przyznać, że postać głównego bohatera jest najlepiej nakreśloną osobistością z całej serii „Grand Theft Auto”. Niko posiada własne poglądy na różne tematy, jest złośliwy i sarkastyczny oraz naprawdę widać, że potrafi okazywać emocje. Ma także własne słabości, które są jego piętą Achillesową. Jako były żołnierz, który walczył w wojnie w Bośni ramię w ramię ze swymi kamratami, stał się człowiekiem lojalnym względem przyjaciół oraz, co najważniejsze, rodziny – nigdy, ale przenigdy nie pozwoli na to, żeby stało im się coś złego. Odtwórca postaci Niko – Michael Hollick – spisał się w swojej roli doskonale. Specyficzny, nieśmiertelny rosyjski akcent, który da się usłyszeć w angielszczyźnie bohatera, doskonale wpada w ucho. A jako że bohater jest z narodowości Serbem, operuje także swoim rodzimym językiem.
Co sądzi el ZAX
GTAIV to jedna z najbardziej wyczekiwanych gier ostatnich miesięcy. Fani
„tradycyjnej”, miejskiej gangsterki nie będą zawiedzeni. Gorzej, jeśli
przyzwyczailiśmy się do ogromnych terenów w San Andreas. W „czwórce” mamy
bowiem tylko jedno, zwarte Liberty City. I swym ogromem nie powala. Na
szczęście w zamian dostaliśmy duże lepszą niż w poprzednich częściach grafikę,
wspaniałą ilość detali, oraz środowisko wielkomiejskie zbliżone do
rzeczywistości prawdopodobnie bardziej, niż w jakiejkolwiek innej grze. Choć i
tu można ponarzekać – gdzie te tłumy ludzi przechodzące przez ulicę, gdzie te
niekończące się korki samochodów? Owszem, tych ostatnich potrafi być sporo,
ale to nie to samo, co w prawdziwym Nowym Jorku... Cieszą smaczki pokroju
wypadania przez szybę, potrącenia przez szybko jadący samochód po wejściu na
ruchliwą ulicę czy zróżnicowanych zachowań kierowców. Fabuła potrafi wciągnąć,
choć niektóre misje są strasznie oklepane: „pojedź w jakieś miejsce i zabij
wszystkich” lub „ścigaj wroga, a na końcu go wykończ”. Trzeba również
pamiętać, że mamy do dyspozycji tryb multiplayer – fajnie jest pobawić się w
policjantów i złodziei, czy postrzelać do kilkunastu żywych przeciwników. W
GTAIV z pewnością warto zagrać, a znacznie poważniejszy klimat może
przyciągnąć graczy, którzy dotychczas nie byli przekonani do tej serii.
Fabuła GTA IV jest jedną z najlepszych, jakie dane mi było rozegrać w tego typu grach. Otóż Niko, przybywając do Liberty, poza chęcią poprawienia swojej sytuacji finansowej oraz rozpoczęcia wszystkiego od nowa, ma jeszcze inny, ważny cel. Odnosi się on do pewnego burzliwego wydarzenia z jego przeszłości, jeszcze z czasów służby w armii. Motyw poszukiwania pewnej „specjalnej” osoby przewija się praktycznie przez całą grę. Przy okazji przyjazd Niko i jego poczynania bardzo zmienią życie jego kuzyna, wplątując go w jeszcze większe kłopoty niż miał dotychczas… Nic więcej nie powiem, choć pewnie i tak większość z was już przeszło główny wątek gry – warto tu wspomnieć, że jego ukończenie w mniej niż 30 godzin jest nagradzane Osiągnięciem. Dodam jeszcze, że całość przedstawiona została w iście „filmowym” stylu, przypominającym chociażby ten z Call of Duty 4: Modern Warfare. Oczywiście „filmowość” ta naszpikowana jest masą zwrotów akcji i niedomówień – 8 godzin cut-scenek do czegoś zobowiązuje, czyż nie? Ba, panowie z Rockstar pokusili się nawet o 2 zakończenia – co prawda nie są one jakoś wielce rozbudowane i różnorodne, ale jest to jednak miły dodatek zachęcający nas do przejścia gry więcej niż jeden raz – choć nawet bez dwóch zakończeń, z całą pewnością gra zachęcałaby nas do tego…
Przemieszczając się po mieście rozmaitymi środkami transportu (samochodami, motorami, helikopterami, metrem, motorówkami, bądź ewentualnie taksówkami), nasz bohater wykonuje kolejne misje. Większość z nich zawiera występujące w różnym natężeniu etapy pieszych czy samochodowych pościgów oraz strzelanin (tu warto zaznaczyć, że usprawniono celowanie i dodano system wykorzystywania osłon – co od czasów Gears of War powoli staje się standardem), aczkolwiek zdarzają się zadania bardziej nietypowe – chociażby emocjonujący napad na bank z częścią irlandzkiej rodzinki McRearych, bądź strzelanina w muzeum znajdującym się w Middle Parku (odpowiedniku Central Parku). Nie raz przyjdzie nam też, co jest dla serii nowością, dokonać wyborów moralnych – zwanych tu egzekucjami. Sprowadza się to do dokonania wyboru pomiędzy zabiciem danego bohatera a pozostawieniem go przy życiu, co będzie miało swoje konsekwencje w dalszej części gry. Fakt, że przypomina to trochę system wyboru zabić/uratować Little Sister z Bioshock, ale nie robi aż tak wielkiego wrażenia jak w dziele 2K Boston, przynajmniej na mnie. Pomiędzy dzielnicami Liberty City „na skróty” poruszać się będziemy za pomocą pociągów, metr, helikopterów oraz, po raz pierwszy w historii serii – taksówek. Będąc w takiej taksówce wpierw wybieramy cel podróży, następnie zaś, w widoku „z oczu” bohatera, zza szyby obserwujemy przewijające się ulice miasta. W taksówce są taksometry które, tak jak w rzeczywistości, naliczają odpowiednią kwotę za każdy przejechany kilometr. Możemy także popędzać taksówkarza, by ten jechał możliwie najkrótszą drogą oraz przyśpieszał podczas jazdy lub, jeśli kogoś to nudzi, całkowicie pominąć tę sekwencję klikając na kontrolerze odpowiedni guzik – oczywiście wiąże się to ze zwiększeniem kwoty do zapłaty. Udanym pomysłem jest także włamywanie się do zamkniętych samochodów poprzez wybijanie szyb – mocno wpływa to na realizm produkcji.
Co do eksploracji miasta, to twórcom z całą pewnością spodobał się pomysł na umieszczenie licznego tłumu znany z Assassin's Creed – panowie z Rockstar zrobili coś podobnego. Oficjalnie Liberty City zamieszkiwane jest przez osiem milionów osób, które nie są tylko i wyłącznie drewnianymi ludkami chodzącymi w tę i z powrotem, jak w poprzednich częściach cyklu, ale posiadają rozbudowany zakres czynności – daje się zauważyć mocna dbałość o szczegóły, gdyż każdy z przechodniów jest jedyny w swoim rodzaju. Przechadzając się po ulicach napotkamy ludzi rozmawiających ze znajomymi przez telefony komórkowe, robiących zakupy, plotkujących między sobą, czytających gazetki na ławeczce w parku, idących do znienawidzonej przez siebie pracy, jedzących hot-dogi, zasłaniających się gazetami podczas deszczu czy nawet uprawiających poranny jogging. Ciekawostką są także występujące w grze polskie akcenty – czasem przejechany przez nas przechodzień może okazać się klnącym na nas Polaczkiem.
Zmieniono także sposób zachowywania się policji wobec naszych przewinień. Mimo, że są znacznie bardziej „inteligentni” w stosunku do poprzednich odsłon, to niestety dalej nie jest tak idealnie, jak być powinno. Teraz w rejonie miejsca zbrodni pojawia się okrąg (który robi się coraz większy, proporcjonalnie do ilości naszych przewinień), oznaczający obszar pościgu za Niko. Policjanci nie zaprzestaną poszukiwań, dopóki nie opuścimy tego okręgu. Oczywiście im więcej gwiazdek, tym trudniej uciec – wysyłane są za nami helikoptery, drogi prowadzące na mosty są blokowane, jeśli zaś uciekniemy do wody, wysyłane są za nami motorówki. Minusem jest tylko, że kiedy jakiś policjant nas namierzy i my spróbujemy mu uciec, ten zacznie w nas strzelać i nie przestanie tego robić nawet wtedy, kiedy zginiemy! – nie żebym się czepiał, ale wygląda to trochę śmiesznie…
Co sądzi Farmah
Obijanie piąchami staruszki na pasach, jazda po pijaku na wstecznym i inne
niecne występki – tak, to GTA4. Jak gra wygląda z perspektywy mojej, i 50h
spędzonych w Liberty City? Mamy mniej popierdółkowatych, simo-podobnych
rzeczy. Strzelenie sobie dziary z imieniem dziewczyny na plecach czy cała masa
fatałaszków w sklepach zaliczyła cięcia (dziary zostały usunięte na amen). Co
jest nowego w produkcji Rockstar oprócz grafiki? Fizyka. O rewolucji mowy być
nie może, mamy ledwie kilka kosmetycznych zmian i dopieszczenie detalów.
Schemat misji pozostał ten sam – znajdź, zabij swojego (byłego) pracodawce,
typa który Cię wydymał/wpuścił w kanał itepe. W pamięci ostały mi się jedynie
ze 4 misje (w tym osławiona zadyma w banku), resztę widziałem mniej więcej
tyle razy, co nieudanych występów reprezentacji Polski na ME/MŚ. Scenarzysta
drepcze sobie w miejscu. Fajnie, że mamy jakieś dylematy moralne (ubić drania
czy też puścić wolno – ale wpływu na rozgrywkę/fabułę nie ma to żadnego), a
postać Nico Bellica jest nieco bardziej wielowymiarowa (wspomnienia jak to
wojna odcisnęła na nim swoje piętno), ale są tego śladowe ilości.
Poprawiono walkę wręcz, dzięki czemu nie zalatuje już takim archaizmem jak
poprzednio (blok, unik i counter – takie to sobie, ale widać poprawę względem
poprzedniej części). Ostrzeliwanie się zza murków a'la GoW tez wypada nieźle,
a już bankowo lepiej niż w Kane&Lynch.
Humor i gagi jak zwykle świetne, pietyzm z jakim przeniesiono na nasze ekrany
NY godny podziwu, jazda furaczami paląc gumy oraz samo wykonanie tychże
kapitalne, i to tyle w temacie. Ktoś sobie obiecywał więcej? Do kupna nikogo
namawiać nie trzeba – wystarczy że napomnę o koledze mającym na oczach klapki
z logo Nintendo, który kupił X360 specjalnie dla tego tytułu.
Ocena: 9+
Sporej modyfikacji uległy ruchy i możliwości głównego bohatera. Niko to niezwykle uzdolniony chłopak: potrafi biegać, skakać, pływać oraz wspinać się – umiejętnościom bohatera bliżej jest do tych z Bully’ego, aniżeli San Andreas. Gruntowną przebudowę zyskał także system walki wręcz. Niko, jako były żołnierz, jest całkiem nieźle obeznany w Krav Madze – za walkę odpowiadają cztery przyciski: „A” – blok, „B” – walka na pięści, „Y” – ciosy z Krav Magi oraz „X” – kopniaki. Czasem do pozbawienia przeciwnika życia wystarczają dwa celne ciosy. Do naszej dyspozycji został oddany także telefon komórkowy, który spełnia o wiele ważniejszą rolę niż w poprzednich odsłonach. Szerzej o jego funkcjach dowiecie się poniżej.
Służy on nam przede wszystkim jako organizer oraz aparat cyfrowy. Zawiera także książkę telefoniczną, dzięki czemu możemy dzwonić do zleceniodawców, przyjaciół czy nawet dziewczyn. Ciekawostką jest także możliwość zadzwonienia na policję, pogotowie lub straż pożarną w celu wezwania ich na domniemane miejsce „wypadku”, dzięki czemu możemy z łatwością zgarnąć jeden ze „służbowych” pojazdów. Poprzez komórkę możemy także uruchomić tryb multiplayer, który co prawda już pojawiał się w serii, ale nigdy nie był aż tak rozbudowany. Jako mapę naszych zmagań oddano całe Liberty, my zaś mamy do wyboru aż 16 mocno zróżnicowanych trybów rozgrywki – od wyścigów po mieście pojazdami wybranymi przez zakładającego grę, deatmatch, drużynowych zleceń, na zabawie w glinę i rabusia kończąc. Na jednym serwerze pograć może sobie do 16 graczy.
Odnośnie posiadania broni, nie pojawia się tu zapowiedziana przez R* możliwość trzymania jej w bagażnikach, ale i tak jest ciekawie. Pukawki można kupić w wyznaczonych sklepach, zabrać martwej postaci lub kupić „po kosztach” u naszego dobrego przyjaciela rodem z Jamajki – Little Jacoba. Zaraz – czy ja tu coś wspomniałem o przyjaciołach? Teraz podczas rozwijania fabuły gry napotykamy osoby, z którymi Niko będzie mógł się zaprzyjaźnić. Można z nimi pójść do wielu wyznaczonych miejsc, takich jak bar, kabaret, kręgielnia, bilard klub czy pograć w lotki znajdujące się w barach. Oczywiście przyjaźń z nimi jest opłacalna, bowiem za utrzymanie jej na odpowiednim poziomie (mierzonym w punktach procentowych) dostajemy nagrody – mięśniak na „sterach”, Brucie Kibbutz, w każdej chwili podleci pod nas helikopterem i zawiezie w określone miejsce, Roman podeśle jedną z taksówek i nie pobierze żadnej opłaty, a wspomniany Little Jacob podwiezie broń. A to tylko kilku ze wszystkich potencjalnych przyjaciół, którzy pojawiają się w grze. Oczywiście główny bohater może także chodzić na randki – umawiać się można z dwiema dziewczynami z wątku głównego oraz z trzema poznanymi przez Internet (kolejny ze smaczków, pokazujący dbałość o detale).
Jako że seria zawsze miała świetną i wpadającą w ucho ścieżkę dźwiękową, brak odstępstw od tradycji nie powinien nikogo zdziwić. W grze znalazło się ponad 14 stacji radiowych, przy czym z całą pewnością każdy znajdzie coś dla siebie – mnie najbardziej do gustu przypadła stacja Vladivostok FM, z „didżejką” Ruslaną na czele. Słuchając tej panny niejednemu powinien pojawić się uśmiech na twarzy. Przy okazji uśmiechu – w grze, jak w każdej części cyklu, uświadczycie mnóstwo humoru zarówno w dialogach pomiędzy postaciami, jak i sytuacjach oraz reklamach telewizyjnych. Tak, jeśli będzie nam się nudzić, możemy nawet pooglądać TV – polecam wszystkim stację Weazel. Wszystkie reklamy są przepełnione absurdalnym humorem, nierzadko czarnym i dość niewybrednym, tworząc satyryczny, karykaturalny obraz Stanów Zjednoczonych. Możemy także poszperać po stronach internetowych, które także zawierają wiele ciekawych i humorystycznych informacji. Za pomocą komputera możemy także odbierać maile oraz ściągać sobie motywy i dzwonki do komórkę.
Zajmijmy się teraz tym, co tygrysy lubią najbardziej – pojazdami. Co prawda nie ma tutaj aż tak wielkiej różnorodności jak w San Andreas, ale z całą pewnością nie można stwierdzić, że samochodów jest mało. Powrót zaliczają prawie wszystkie auta, motory, helikoptery i motorówki przewijające się przez serię, jak i debiutuje kilka zupełnie nowych marek. Sporej zmianie uległ także system zniszczeń – pojazdy o są teraz wytrzymalsze, a blacha gniecie się dokładnie w tych miejscach, w których powinna. Podobało mi się także, że po strzelaninach widać strzały po kulach oraz to, że jak zaczniemy „palić gumę”, to po pewnym momencie możemy doszczętnie spalić swoje opony. Jedynym zarzutem mogą być zbyt lekkie zawieszenia pojazdów, ale to właśnie to pokazuje moc Euphorii (silnika odpowiadającego za fizykę) w akcji, więc wybaczam.
Odnośnie grafiki – niezmiernie trudno jest ją ocenić. Jak na dzisiejsze czasy, osiągi silnika R.A.G.E nie porażają, jednak co jak co, ale gra potrafi cieszyć oko. Szczególnie na uwagę zasługują efekty atmosferyczne – burze są tutaj prawdziwym majstersztykiem. Minusem są tylko występujące co jakiś czas doładowania terenu – ale to chyba jest standard, do którego przywykliśmy już wszyscy, czyż nie? Bardzo ładnie prezentują się także animacje i modele postaci – wyglądają bardzo realistycznie, zaś ich mimika jest dokładnie zsynchronizowana z wypowiadanymi kwestiami. Każda z misji, zgodnie z tradycją cyklu, poprzedzona jest scenką przerywnikową. Wszystkie są pieczołowicie przygotowane, umiejętnie wyreżyserowane i przywodzą na myśl najlepsze filmy sensacyjne i gangsterskie. To samo powiedzieć można o bogatej galerii postaci niezależnych, które spotka na swojej drodze Niko. Każda jest charakterystyczna i mówi właściwym sobie językiem, ma własne cele i motywy, którymi się kieruje. Najbardziej charakterystyczny jest chyba właśnie często przeze mnie wspominany Little Jacob – jego jamajski akcent jest naprawdę trudny do zrozumienia, ale czyni go postacią nietuzinkową i specyficzną.
Co sądzi miki77
GTA IV zarządziło. Powinien to przyznać każdy, nawet ten kto z serią nie
ma nic wspólnego. Nie piszę tylko o sprzedaży, ale w szczególności o samej
zawartości płyty. Singleplayer wyróżnia się intrygującym głównym
bohaterem i wspaniałym klimatem Wielkiego Jabłka, zaś multi miażdży
konkurencję ilością trybów (sprawdźcie koniecznie Mafyia Work i misje co-op),
oraz opcją zdobywania rang. Co prawda produkcja Rockstar nie ustrzegła się od
kilku błędów, jak choćby chwilowe spadki framerate'u, ale nie przeszkadzają
one zbytnio w rozgrywce. Najlepsza gra ever? Według mnie tak, ale tylko do
czasu premiery piątej części Wielkiej Kradzieży Aut.
Ocena: 10
Największym plusem, a zarazem decydującym wystawienie takiej właśnie oceny grze czynnikiem, jest cały czas przeze mnie wspominana dbałość o szczegóły, którą cechuje się dzieło Rockstar. Ruch uliczny, system świateł, GPS prowadzący nas do zaznaczonego miejsca, zakładanie kasków podczas jazdy motorem to tylko namiastka tego, co możemy zobaczyć. Większość jest wręcz doskonale odwzorowanym prawdziwym życiem – nie ma tu żadnych odstępstw.
Czwartą część Grand Theft Auto uważam za prawdziwą perełkę w branży gier – tytuł ten miażdży konkurencję dosłownie na każdym kroku, i z całą pewnością zasługuje na najwyższe oceny, jakie zgarnia w recenzjach. Niestety, wbrew pozorom, nie jest to gra pozbawiona wad, ale ze względu na rozmach, z jakim ją stworzono, można spokojnie przymknąć na nie oko. W swojej karierze na XboxSpocie, po raz pierwszy wystawiam „dychę” – bez wahania.
|
Zalety:
- Genialna, wielowątkowa fabuła.
- Rozmach i ogrom Liberty City.
- Komórka.
- Tryb multiplayer.
- Ciekawie nakreślone postacie.
- Ścieżka dźwiękowa.
- Humor.
- Niezwykła dbałość o detale.
- Mniejsze i większe atrakcje.
|
Wady:
|
|
| Ocena
ogólna |
|
10
|
| Grafika
|
|
9
|
| Dźwięk
|
|
10
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
10
10
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
10
10
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry