Konsole aktualnej generacji jakoś nie mają szczęścia do „zombiakowych” gier. Nie dość, że tych ostatnich jest mało, to jak dotąd jedynymi ciekawymi tytułami traktującymi o nieumarłych były Dead Rising i remake czwartego Resident Evil na Wii. Sytuację postanowiło zmienić Valve, ze swoją nową produkcją – Left 4 Dead. Choć przy pierwszych zapowiedziach, jakoś mało kto poważnie zainteresował się tą grą, większość wiedziała, że może z tego wyjść niezły tytuł. W końcu gra miała stawiać na kooperację – co jest dość sporą innowacją – a na dodatek zajmują się nim twórcy Half-Life’a, Team Fortress i Counter Strike’a. To nie mogła być klapa… i rzeczywiście klapy nie ma. W zamian za to dostaliśmy shooter roku!
Po włączeniu gry, wita nas bardzo klimatyczne intro. To ono pokazuje nam, jak dokładnie wygląda gra - potrzebna jest ciągła współpraca, bo samemu nie przetrwa się dłuższej chwili. Na pewno trudniej jest przejść tą produkcję z przypadkowymi graczami, niż z przygotowaną grupą znajomych. Zresztą już na samym początku chciałbym wspomnieć, że nie macie po co kupować gry, jeśli nie posiadacie internetu podłączonego do „trzystasześćdziesiątki”. Singleplayer jest tylko niepotrzebnym trybem, którego równie dobrze mogłoby nie być. Nim jednak wejdziemy w szczegóły rozgrywki, napiszę trochę o fabule. No dobra, żartowałem – Left 4 Dead jest najlepszym przykładem gry, w której studiu developerskim zapomniano o scenarzyście. Tu mamy wszystko podane od razu: na Ziemi pojawiła się zaraza zamieniająca ludzi w zombie, jednak znaleźli się tacy z gatunku homo sapiens, którzy przetrwali epidemię. Są to między innymi nasi czterej bohaterowie, czyli Bill, Louis, Francis i jedyna kobieta w zespole – Zoey. Może i całość wygląda prostacko, ale na pewno nie przeszkadza w odbiorze produktu.
Cała gra jest podzielona na cztery kampanie, każda składająca się z pięciu etapów (w pierwszych czterech musimy dotrzeć do schronienia, a w ostatnim przetrwać do przyjazdu/przylotu pojazdu, zabierającego nas z tego wielkiego bagna). Są one jednak bardzo krótkie (na ukończenie jednej z nich na średnim poziomie trudności potrzeba zazwyczaj niecałej godziny), dzięki czemu jednak gra nie nudzi się zbyt szybko w trybie multiplayer. Opcje wspólnego grania przez sieć są dwie – pierwsza to kooperacyjne przechodzenie danej kampanii, zaś drugą jest Kontra. Oprócz przechodzenia kolejnych misji, dwie drużyny zamieniają się w niej na zmianę w ludzi i zombiaki. W tym momencie warto opisać specjalnych nieumarłych, w których to właśnie produkcja Valve pozwala nam się wcielić. Najczęściej dobieranym przez grę dla nas stworem jest zakapturzony Hunter. Jest on bardzo szybki, a jego główny atut to możliwość przygwożdżenia oponenta do ziemi. Drugi grywalny zombie to Smoker. Nazwa bynajmniej nie jest odzwierciedleniem jego umiejętności, bo choć jego charakterystycznym znakiem jest zielonkawy dym, to wszyscy pozostali przy życiu boją się długiego jęzora, dzięki któremu przyciąga swe ofiary, a później je rozszarpuje. Następnie przechodzimy do Boomera, który wyznacza nowe trendy w obrzydzaniu gracza. Gruby potwór z ogromnymi bąblami na całym ciele zdecydowanie nie napawa optymizmem. Jego wygląd i bardzo krótki pasek zdrowia częściowo zastępuje atak specjalny. Zombiak ten bowiem potrafi zwymiotować na wroga, co przyciąga jego „zwykłych” pobratymców z całej okolicy. I gdy będziecie już zalani zieloną mazią, nie zdziwcie się gdy milutcy, nostalgiczni nieumarli rzucą się na was z prędkością, jakiej nie powstydziłby się złoty medalista w biegu. Ostatnią grywalną postacią z zarażonych jest Tank. Przydzielany jest on jednak losowo jednemu z czterech członków zespołu, na dodatek tylko w określonych momentach. Co potrafi ten ogromny bydlak? Wyrywać kawałki ziemi, rzucać samochodami, czy wyrzucać Ocalonych z dachów wielkich budynków (patrz ostatni epizod kampanii Bez Litości). Na koniec jednak chciałbym napisać o rodzaju zombie, w którego nie możemy się wcielić – Witch. Spotkanie ze skuloną Wiedźmą zwiastuje głośny lament, przypominający płacz dziecka. Po usłyszeniu go zalecam szybkie zgaszenie latarki podłączonej do naszej broni i ciche ominięcie miejsca odpoczynku Witch. Jeśli nie posłuchacie mojej rady, ta blada bestia rzuci się na Was, ogłuszając jednym ciosem i wyrywając szybko wnętrzności bohatera.
Zapewne myślicie, co jednak może przyciągnąć do gry, polegającej na ciągłym przechodzeniu tych samych misji, w jakimkolwiek z wybranych trybów. O nudę nie powinniście się martwić, dzięki AI Director. Opcja ta, umożliwia, by gra za każdym razem dobierała inne miejsce pojawienia się zombiaków. I choć zazwyczaj domyślamy się gdzie oponentów możemy się spodziewać, czasami produkcja Valve potrafi nas nieźle zaskoczyć… ale jednak nie przestraszyć. Gra niestety nie spełniła połowy wymogów narzucanych przez nazwę gatunku. Ze zwrotu „survival horror” można więc spokojnie wyrzucić to drugie słowo. Czy to jednak na pewno minus? Dla niektórych zapewne tak, ale ogólnie rzecz biorąc nie przeszkadza on w dobrym odbieraniu Left 4 Dead, gdzie nieumarli są bardziej przeszkodami blokującymi nam co chwilę drogę do schronienia.
O oprawie audiowizualnej nie ma co się zbytnio rozpisywać. Już na pierwszy rzut oka widać, że grafika nie była priorytetem dla twórców. Jest nieźle, ale na pewno nie wyśmienicie. Ważne jednak, że całość trzyma klimat, tak zresztą, jak i dźwięki. Co ciekawe, wszelkie odgłosy zombiaków nagrywał słynny, amerykański wokalista Mike Patton. Tak, to jego zasługą są te wszystkie chrząknięcia, czy okrzyki nieumarłych. Do tego dochodzi również bardzo dobra muzyka, świetnie wpasowująca się do całej reszty.
Choć wciąż utrzymuję, iż Left 4 Dead to najlepszy shooter tego roku, nie zabrakło kilku wad. Jednak każda osoba znajdzie inne, więc podam tylko te elementy, które mi się nie spodobały. Po pierwsze, życzyłbym sobie by uzupełniono tryb Kontra, w którym aktualnie można odgrywać jedynie dwie z czterech dostępnych kampanii. Zapewne zostanie to naprawione w DLC, pytanie tylko, czy zostanie ono udostępnione za darmo. Brakuje też mi jakiejś bardziej klasycznej opcji multiplayer. Wspomniana Kontra zaczyna się w pewnym momencie nudzić, a tym bardziej zwykła kooperacja. Przydałoby się rozwinięcie pomysłu multiplayer, jak choćby wprowadzenie czegoś na wzór Capture the Flag lub Team Deathmatch. Chociaż mógłby wystąpić problem z wprowadzeniem podobnej opcji, ponieważ specjalne zombie mają zdecydowanie mniejszy pasek zdrowia niż jeden z czwórki Ocalałych, co jednak rekompensuje respawn po dwudziestu sekundach. Osobiście czekam z niecierpliwością na pierwsze informacje na temat downloadable content.
Podsumowując, Left 4 Dead to wspaniała wyżynka z zombiakami w roli głównej. Szkoda tylko, iż ograniczono ją właściwie wylącznie dla osób grających w sieci. Mi to jakoś wyjątkowo nie przeszkadza, ale osoby, które jeszcze nie podłączyły swej konsoli do internetu, powinny trzymać się od produkcji Valve z daleka. Jednakże fanów wieloosobowej rzeźni, gra zapewne wciągnie bez ostrzeżenia. Choć cztery kooperacyjne kampanie i niepełna Kontra to trochę mało, wciąż jest to według mnie najlepszy shooter roku. Nie powinny się także martwić osoby lubiące grać tylko z Polakami – rodaków jest tu co niemiara i zapewne taka sytuacja utrzyma się jeszcze przez pewien czas.
|
Zalety:
- zombie;
- wspaniały multiplayer;
- patent kooperacji.
|
Wady:
- tylko do gry w sieci (niepotrzebny singleplayer).
|
|
| Ocena ogólna |
|
9.5
|
| Grafika
|
|
7.5
|
| Dźwięk
|
|
9
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
10
4.5
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
8.5
3.5
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry