Jestem po wielogodzinnej sesji z upiorną i seksowną (o dziwo) Almą. Wystrzelałem chyba z milion nabojów, zabiłem tysiące klonów, przeżyłem piekło tylko po to, aby usiąść na jakimś głupkowatym fotelu w elektrowni atomowej. Czy było warto? Czy Monolith stanął na wysokości zadania i przygotował sequel warty waszej uwagi? Odpowiedzi na powyższe pytania szukajcie w dalszej części tekstu.
Przyznam szczerze, że recenzowany dzisiaj tytuł wywołuje u mnie mieszane uczucia. Momentami nudny i do bólu przewidywalny shooter potrafi miejscami zaskakiwać pomysłowością zaprojektowanych poziomów i zwrotami akcji w fabule. Niby nie ma żadnych rewelacji, w żadnym aspekcie nie mamy do czynienia z produktem najwyższej klasy, ale nie ma innej możliwości - tę grę musicie ukończyć! Wbrew sobie, wbrew zdrowemu rozsądkowi z pewnym obrzydzeniem brnie się przez kolejne lokacje w nadziei na szczęśliwe zakończenie. Rozgrywka wciąga i puszcza dopiero w momencie napisów końcowych. Dziwny ten FEAR.
Zacznijmy jednak od początku czyli od końca historii ukazanej w poprzedniej osłonie. Akcja Project Origin rozpoczyna się w dystrykcie Auburn na pół godziny przed końcem wydarzeń przedstawionych w części pierwszej gry. Wcielamy się w Michaela Becketa, członka jednostki antyterrorystycznej Delta. Zadanie na pierwszy rzut oka wydaje się proste – musimy doprowadzić do aresztowania Genevieve Aristide, szefowej korporacji Armacham zamieszanej w nielegalne badania z dziedziny bioinżynierii. W trakcie pierwszej misji dochodzi jednak do potężnego wybuchu (wydarzenie z „jedynki”) po którym budzimy się w ambulatorium. Szpital który zasadniczo powinien być przyjaznym miejscem dla każdego człowieka stanie się początkiem krwawej i długiej walki o przetrwanie oddziału Delta.
Tak pokrótce rysuje się fabuła części drugiej. Generalnie twórcy założyli, że mają do czynienia z graczami, którzy ukończyli część pierwszą. Dla zupełnego laika w tym temacie, Alma oraz inne wydarzenia z gry będą niezrozumiałe do samego końca. W prawdzie po drodze zbieramy informacje o tym co się tak naprawdę wydarzyło, ale mam dziwne odczucie, że notki te mogą przywiać więcej pytań, aniżeli rozwiać męczące nas wątpliwości. Oczywiście spokojnie można brnąć przez kolejne etapy gry bez jakiejkolwiek wiedzy na temat otaczających nas wydarzeń. F.E.A.R 2 to w końcu rasowy FPS – najpierw się strzela, a potem zadaje pytania.
A propos strzelania, to ta część gry została przygotowana bardzo solidnie. Po pierwsze dysponujemy „mega refleksem”, który w grze objawia się jako swoisty bullet time. Po wciśnięciu jednego przycisku, czas zostaje spowolniony. Możemy spokojnie oddać kilkadziesiąt strzałów w kierunku różnych celów bez uszczerbku na własnej skórze. Potem następuje chwila przerwy na „naładowanie” specjalnej umiejętności i eliminujemy kolejną partię przeciwników. Bardzo przyjemne rozwiązanie, uatrakcyjniające ale również ułatwiające rozgrywkę. Po drugie zarówno my jak i nasi przeciwnicy możemy używać elementów otoczenia jako osłony. Za przykład niechaj posłuży stół, który można wywrócić i prowadzić zza niego ostrzał. Rozwiązanie fajne, ale w zasadzie mało przydatne. Większość pojedynków zakończymy w kilkanaście sekund, nie ma sensu zawracać sobie głowy wywracaniem mebli w pokojach. Po trzecie i ostatnie, dość pokaźna liczba broni urozmaica nam zabawę. Karabiny szturmowe, lasery, granaty, wyrzutnie rakiet, snajperki, shotguny oraz specjalna broń pulsacyjna upiększają rozgrywkę. Całość jest tak sprytnie pomyślana, że kończąca się w pukawkach amunicja obliguje nas do częstej wymiany broni. W niektórych misjach wręcz zmuszeni jesteśmy do używania tylko jednego rodzaju uzbrojenia, ale nie wpływa to jakoś negatywnie na grę.
Cały gameplay przywodzi na myśl oldschoolowe strzelanki. Biegamy po różnych lokacjach zbieramy apteczki (tak, tutaj nie ma mowy o samoładującym się pasku energii), broń i pancerz bioenergetyczny. W zasadzie porozsiewane po mapach pick-upy są wskazówkami dla grającego, że zaraz zacznie się strzelanina. Twórcy tak poprowadzili fabułę, abyśmy na każde poważniejsze starcie byli maksymalnie wyposażeni. Mnie to irytowało, ale z pewnością ogromne rzesze casuali będą wniebowzięte.
Klimat F.E.A.R 2 współbrzmi z atmosferą japońskich horrorów, których charakterystycznym elementem jest postać małej, tajemniczej dziewczynki z długimi włosami. Przy okazji rzeczona dziewoja posiada szereg zdolności paranormalnych, które skrzętnie używa przeciwko głównym bohaterom. W Project Origin taką osoba jest Alma Wade, która podobnie jak w części pierwszej ma ścisły związek z niewytłumaczalnymi wydarzeniami wokół nas.
Alma wydoroślała i podczas gry pojawia się również jako naga dorosła kobieta. Jest raczej bardziej seksowna, aniżeli upiorna. To już nie ta sama atmosfera co w „jedynce”. Nie mniej jednak są takie miejsca w których przy odpowiednim nagłośnieniu można się przestraszyć. Generalnie jednak oprócz wartości artystycznej polegającej na wpływie na zmianę ukształtowania danych lokacji nic złego stać się nam ze strony Almy nie może. No, chyba że nie potraficie wcisnąć kilka razy przycisku B na waszym padzie – bo tak właśnie rozwiązano mini grę polegająca na obronie przed atakami Almy.
Przykrą prawdą o grze F.E.A.R 2 jest niski poziom trudności. Jak już wspomniałem działanie Almy nie wpływa znacząco na trudność gry. Przeciwnicy chociaż występują w dość pokaźnej liczbie, nie stanowią dla nas największego zagrożenia. Sami wchodzą pod lufę, niespecjalnie się też kwapiąc do zaawansowanych taktycznie manewrów. Dodatkowo ich oskryptowanie jest tak bardzo widoczne, że przy odrobinie wysiłku można przewidzieć ich dokładny ruch i zachowanie. Przykład? Proszę bardzo. Podczas eksploracji kanałów zauważyłem, że jeden z żołnierzy zawsze wypada przez barierkę elegancko spadając z góry na dół wprost pod nasze nogi. Nie ważne czy zabiliśmy go granatem, karabinem czy patykiem. On zawsze spada w to samo miejsce. Wygląda to prześlicznie, ale zabija realizm rozgrywki. Zarówno tryb łatwy jak i normalny pozwalają na przebrnięcie 75% fabuły na jednym życiu! Oczywiście pomijam wypadki samo destrukcji w postaci wejścia na własny granat, czy tez skoku w szyb windy z dużej wysokości. Zginąć generalnie się da, ale jak już wspomniałem wcześniej trzeba się o to naprawdę bardzo postarać. Na domiar złego zakończenie (którego rzecz jasna nie ujawnię) jest banalnie proste. Żadnego wyzwania, które dałoby powód do dumy. Szkoda.
Project Origin to nie tylko proste i nudne poziomy. W późniejszym etapie gry przesiadamy się na potężne roboty bojowe, których prowadzenie przysparza dużo radości. Mech wyposażony jest w dwa działka obrotowe, które koszą dosłownie wszystko co napotkają na swojej drodze. Dodatkowo możemy wystrzelić grupę rakiet, które dokończa dzieła destrukcji. Postawiono na nowy patent i był to strzał w dziesiątkę. Walki robotów wprowadzają nową jakość rozgrywki. Swoją drogą jest to bardzo dobry pomysł na kolejną grę. Te poczucie władzy jest wprost bezcenne.
Jak wiemy Monolith Productions oparł grę o autorski silnik graficzny Lithtech Jupiter Ex, który z powodzeniem został zastosowany w takich produkcjach jak Condemned: Criminal Origins czy First Encounter Assault Recon. Trzeba przyznać, że rozmycie obrazu oraz gra świateł wygląda naprawdę wspaniale. W szczególności podczas ataków Almy i chwilowych retrospekcji głównego bohatera. Niestety w szczególności pierwsze etapy gry nie wyglądają zbyt imponująco. Niskiej jakości tekstury oraz bardzo ubogie otoczenie sprawia, że na początku F.E.A.R. 2 wydaje się być grą z przed kilku lat. Daleko mu do takich produkcji jak Gears of War 2 czy chociażby najnowszy Killzone na PlayStation 3. Dopiero pod koniec, kiedy odwiedzamy zrujnowane miasto oraz elektrownię atomową gra nabiera rumieńców i prezentuje się przyzwoicie. Wkurza również fakt, że nie za wiele elementów otoczenia można rozwalić. Kilka komputerów i szyb to stanowczo za mało jak na produkcje z 2009 roku!
Żadnego złego słowa nie można za to powiedzieć na temat oprawy audio. Absolutnie wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Krzyki i jęki umierających żołnierzy po atakach Almy są wyśmienite. Odgłos bicia serca podnosi adrenalinę. Dialogi poszczególnych postaci nagrano bardzo pieczołowicie, które dość dobrze komponują się z klimatycznym podkładem. Dobry zestaw 5.1 jest przy tej grze bardzo wskazany. W szczególności podczas nocnej sesji.
Taki jest właśnie F.E.A.R 2. Z jednej strony nie wnosi do gatunku nic nowego, z drugiej strony jest produktem bardzo grywalnym. Niepozbawiony wad, potrafi przykuć na kilka dłuższych chwil do telewizora. Za prosty dla starych wyjadaczy, ale idealny dla niedzielnych graczy. Jest jeszcze tryb multiplayer, którego nie miałem przyjemności przetestować. Po sieci krążą jednak słuchy że spisuje się bardzo dobrze. To w jaki sposób potraktujecie najnowszy produkt Monolith Productions zależy tylko od was. Z pewnością warto było zagrać i zebrać kolejne łatwe punkty z achievementów. Czy warto wydać 179 zł na sequel? Tutaj nie byłbym do końca przekonany. Wystawiam więc zasłużoną siódemkę – oczywiście tylko za tryb single.
|
Zalety:
- Oprawa audio;
- Fabuła;
- Oldschoolowy shooter.
|
Wady:
- AI i oskryptowanie przeciwników;
- Tekstury;
- Poziom trudności.
|
|
| Ocena ogólna |
|
7
|
| Grafika
|
|
7.5
|
| Dźwięk
|
|
9.5
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
-
8
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
-
7
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry