"Previously on Splinter Cell: Uciekając przed wymiarem sprawiedliwości, wyrywając się z jarzma Third Echelon, Sam Fisher użyje wszelakich dostępnych mu
środków, by dowiedzieć się, kto stoi za zabójstwem jego córki". Te frazesy, musicie przyznać, przypominają nieco wstęp do serialu Renegade (AKA Mściciel
na Harleyu) z Lorenzo Lamasem. Oczywiście nie doszukuję się tutaj jakichś powiązań, bo w nowej odsłonie próżno będzie szukać amerykańskiego symbolu na dwóch
kółkach (Harley), jak i gołej klaty wraz z bujną czupryną u Fishera. Aczkolwiek opcja z nieumytymi włosami, znoszonym ubraniem i nieświeżym oddechem była
brana pod uwagę w początkowej fazie produkcji Conviction. Dzięki niebiosom zrezygnowano z takiego wizerunku na rzecz krótko przystrzyżonych włosów i
trzydniowego zarostu. Praise Jesus!
Sam Rybak był całkiem niezłą odpowiedzią na skradankowo japońskie sikanie w majty (Metal Gear Solid) - poważny klimat, filmowa fabuła, agenci, terroryści,
hi-techowy equipment. Było dosyć wesoło i pierwszą część dzielnego Sama przeszedłem z wypiekami na twarzy. Później seria zaczęła wędrować gdzieś w okolice
Rowu Mariańskiego (Double Agent), i z jakąś szczególną uwagą nie przyglądałem się nowej odsłonie SC. Resztki mojego zapału pogrzebały wczesne screeny z
kolejnego sequela. Nieumyty Sam "Łachmaniarz" Fisher + rzucanie krzesłami + stara baba w rzece? Give me a break, to się nie uda - do takiego wniosku
doszedłem po kilkugodzinnych medytacjach w starej chatce na wzgórzu. Autentycznie jeden Ethan Thomas (Condemned 2), będący na zakręcie życiowym mi wystarczy.
Najwyraźniej Ubisoft był podobnego zdania, bowiem grę przemodelował o ponad 179 stopni - by być dokładnym o 180 stopni. Oś fabuły nadal pozostaje taka sama -
vendetta na mordercach naszej córki, tym razem bez szlajania się po podrzędnych barach i zbierania aluminiowych puszek ze śmietników. Jesteśmy wkur... znaczy
wyrażamy stosunek adiaforyczny, niczym Michał z Klanu. Z racji tego, że nie wspiera nas już potężna organizacja, w odstawkę powędrował cały wymyślny
ekwipunek. Parafrazując Krzysztofa Kononowicza rzekłbym, że nie ma niczego, pozostaje nam własna zaradność i pomysłowość. Gameplay zdaje się powrócił do
korzeni (wnioskując z filmików wszelakiej maści), podsypany szczyptą The Bourne Conspiracy. Mamy chowanie się w ciemnościach, bezszelestne anihilowanie
wrogiego podmiotu i typową zabawę w hide & seek. Dorzućmy do tego brutalne sekwencje przesłuchiwania świadków, widowiskowe akcje z użyciem broni palnej oraz
garść nowych "ficzerów" zaserwowanych nam od Ubisoftu. Praise Jesus once more!
Jako, że nie mamy w zestawie "świetlówek Sama", programiści dali naszemu bohaterowi parę nowych oczu - teraz pozostając w ciemności mamy wyostrzony wzrok,
dzięki czemu lepiej widzimy potencjalnych wrogów. Dodatkowo mamy możliwość odpalania w każdej chwili specjalnego ducha - wiemy dzięki niemu, w jakim miejscu
ostatnio nas widziano. Daje nam to małe pole do popisu, gdzie wykorzystamy drzemiące w nas zdolności taktyczne - zajście gościa od tyłu, połamania mu ręki,
ewentualnie zrzucenie go z 5-ciu metrów na betonową posadzkę, o ile akurat mieliśmy taką możliwość. Z Rainbow Six Vegas skopiowano także opcję "Mark and
Execute" - specjalnym znacznikiem wybieramy gogusiów do odstrzału, po czym Sam efektownie pakuję im kulkę między oczy. Nasz rola sprowadza się wówczas do
naciśnięcia jednego przycisku - simple & easy. Dodano nam również ładunki EMP do pozbywania się źródeł światła, jak i nowoczesne urządzenie pod postacią
kawałka potłuczonego lustra - wetknięte pod drzwi spełniają rolę kamerki z poprzednich części. Przemodelowano w końcu otwartą wymianę ognia, gdzie nasz pupil
nie przypomina już uciekającego worka ziemniaków obrzucanego łupinami po fasoli. Jest cholernie dynamicznie, z mnóstwem ołowiu, latającą jak dzika świnia po
oborze kamerą, zasłaniem się przeciwnikami (ludzkie tarcze), wyskakiwaniem przez okna i zawisaniem na gzymsach. Ogólnie Sam jest mniej subtelny w swoich
metodach działania. Szczególnie dobrze widać to podczas sceny przesłuchania, gdzie typowy rzezimieszek o wyglądzie "typowego rzezimieszka" ląduje twarzą w
nie do końca spełniającym warunki sanitarne pisuarze, by na końcu z impetem wylądować na lustrze. Słodko, niemal jak w Punisherze.
Scenki przerywnikowe w grze mają zostać zredukowane do absolutnego minimum - wszystkie wspomnienia, szczegóły misji, etc. będą wyświetlane, jako
projekcja, ot chociażby na elewacji budynku. Wygląda to dość ciekawie, ale czy sprawdzi się podczas dłuższego grania? Zobaczymy. Graficznie tytuł prezentuje
się nad wyraz ładnie - jest poprawna fizyka, kozacka animacja, gra świateł, dużo polygonów i cieszących oko detali - wszystko hulające w stałej ramce. W
sferze AV oraz fabularnych zawijasów (Tom Clancy zobowiązuje) jestem spokojny. Ubisoft nie zwykł odwalać tutaj chałtury. Martwi mnie jedynie poziom
"długoterminowego funu". Brak tego czynnika skutecznie zabił już masę tytułów francuskiego giganta. FC2 i respawnujące się bez końca posterunki, Assassin's
Creed ze schematycznymi misjami, Prince Of Persia i historia tysiąca niebieskich glutów? Co spotka dzielnego Fishera? Kolekcjonowanie abażuru z kloszy? Mam
nadzieję, że takowej opcji nie uświadczymy. Marzy mi się urozmaicony gameplay oraz różnorodne misje wymagające od nas co najmniej 10h poświęconego czasu. Sam
wyraźnie idzie w stronę Jasona Bourne'a - brutalne dźwignie, łamania, szybka i pompująca do krwioobiegu masę adrenaliny akcja. Liczę tylko na to, by nie
podzielił growej adaptacji bohatera Roberta Ludluma. Nowe rozwiązania jak i image "Rybaka" przyjmuję z otwartymi ramionami - bieganie w zielonym sweterku w
nocy po alejce, kilkugodzinne rozprawy nad sposobem wtargnięcia do posiadłości celem przesłuchania ważnej persony? Kupuję to. A że nie ma najważniejszego
"samowego" atrybutu, 3 zielonych lampek? Trudno, czekam na nowe pomysły i powiew świeżości w tym temacie.
Premiera 3/2/2010.
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier