Mroczna aura spowiła me myśli po przejściu gry autorstwa Tima Schafera, a samych prób przelania na „papier” swoich odczuć względem jego najnowszej produkcji miałem 666. Zasiadając do klawiatury minę miałem jak po zjedzeniu placków ziemniaczanych bez dodatków - niby gra dobra, ale wyczuwalnie czegoś brakowało. Nie lubię takich sytuacji, gdzie po przejściu danego tytułu, czuje swoisty niedosyt, świadomość, że nie wszystkie trybiki w grze się ze sobą zazębiły. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Do tematyki zawartej w grze uprzedzony nie byłem, aczkolwiek przyznam się bez bicia, że za bardzo nie fascynuje mnie przebrzmiała subkultura metalowa, bieganie w kultowym plecaku typu kostka, tłuste długie włosy i robienie sobie sesji fotograficznych w lesie. Wiem, strzelam stereotypami jak z karabinu, ale uczciwie trzeba przyznać, że temat jest nośny i idealnie nadaje się do „cyfrowo-elektronicznej obróbki”. Hej, w końcu ile mamy gier, gdzie biegamy o brzasku kolesiem z włosami dłuższymi niż wszystkie odcinki Mody na Sukces, mającym w asortymencie gitarę i topór namaszczony przez samego szatana? Double Fine (developer) do tematu podszedł z przymrużeniem oka, czym z miejsca spowodował bym na pytanie Zaxa "chcesz do recenzji Brutal Legend?", pozbył się uprzedzeń, a na Lastfm zaczął w lawinowym tempie zaznajamiać się z całą dyskografią Black Sabbath.
Kolejnym wabikiem był dla mnie Jack Black, znany aktor oraz muzyk z zespołu Tenacious D., który w grze odegrał tytułową rolę Eddie'go Riggsa (imię oraz nazwisko to ukłon w stronę zespołu Iron Maiden). Dodatkowo był to dla mnie swoisty gwarant bólu brzucha i nagminnego opluwania monitora ze śmiechu. Cała historia kręci się właśnie wokół Eddie'go. Człek ów podłe życie wiedzie jako roadie (taki „staff member” pełniący role związane z obsługą techniczną) u boku heavy metalowej grupy, gdzie większość, czy też cała grupa, przypomina metroseksualnych lalusiów, niegodnych mego splunięcia na ziemię. Eddie czuje, że nie pasuje do tej epoki, że dziwnym zrządzeniem losu urodził się za późno. Los widać czuwał nad naszym herosem, gdyż w mało przyjaznych okolicznościach przygnieciony olbrzymim elementem sceny, zamiast trafić na łono Abrahama, trafia do dziwnej krainy - wyidealizowanego świata, pełnego czyhających na niego niebezpieczeństw, gdzie oddawać będzie się czynom lubieżnym oraz karkołomnym zadaniom. Nasze misja? Wyrwać z niewoli rasę ludzką nad którą władzę ma cesarz Doviculus w tym ponurym jak polskie chodniki miejscu.
Na wstępie powiem, gra jest w maksymalnym stopniu wyidealizowanym „metalowym” światem, z przerysowanymi postaciami, designersko przypominającymi te z Guitar Hero, laskami szczupłymi w talii jak osa i monumentalnymi budowlami rozsianymi po całym tym wesołym świecie. Fajnie? Owszem. Nasz asortyment potrzebny do przeprawy? Długie włosy, czarna skóra, ironiczny uśmiech, gigantyczny topór wraz z gitarą i kilkoma ostrymi riffami. Z informacji, które podałem można wysnuć bardzo mglisty wniosek na temat samej rozgrywki. Jednakże gdy dopowiem, byście Giants: Citizen Kabuto ubrali w heavy metalowe szaty, mam nadzieję, że nabierzecie odpowiedniego wyobrażenia na w/w temat. Brakuje jeno trzech ras do wyboru, reszta pozostała taka sama, bądź została lekko rozbudowana. Humor? Jest! Lekkie zacięcie RTSowe tytułu? Mamy! Duży otwarty świat? Check! Najbardziej zakręcone, pokręcone, dziwaczne i odjechane bestie, jakie do tej pory widziałem? Są! Czyli co, jest świetnie, możemy otwierać szampana i balować do białego rana? No, nie do końca. Złożyło się na to kilka czynników, które skrzętnie zebrałem do wiadra swych smutków.
Main quest jest zaczepisty, bez dwóch zdań. Historia jest opowiedziana w ciekawy sposób z kilkoma fabularnymi zakrętami. Problem jest takiej natury, że jest on niemożebnie krótki. Gdybym nie zaliczał side questów, zapewne zmieściłbym się bez problemów w 6 godzinach. Z dziennikarskiego obowiązku misje poboczne rozegrałem z wątpliwą przyjemnością, a na samą myśl o nich przewracają mi się do tej pory płatki z mlekiem w żołądku. Są do bólu wtórne i biją schematem na odległość 10 kilometrów oraz wtórnym analfabetyzmem. Po samym alternatywnym świecie poruszamy się na czterokołowcu, który z wyglądu przypomina nieco zminiaturyzowanego Ursusa. Grunt, że do wyznaczonego miejsca za pomocą takowego wynalazku możemy się przedostać o wiele szybciej niż tradycyjną metodą zdzierania trampek. Zwłaszcza, że Eddie zatrzymał się ruchowo na etapie ewolucyjnym gier sprzed epoki - nie potrafi skakać, a pokonanie 5-centymetrowej przeszkody może się okazać dla niego barierą nie do przejścia. Jako gra sandboxowa Brutal Legend nie zbliża się nawet do dzisiejszej czołówki. Beznadziejne side-questy, spory ale przypominający zaludnienie Tajgi obszar skutecznie każą nam trzymać się głównego wątku. Aktem desperacji, który pcha nas na misje dodatkowe jest kasa, którą otrzymujemy po zaliczeniu odpowiedniego questu. Tą z kolei można przeznaczyć na upgrade'owanie naszego oręża/wozu, co w późniejszym czasie okaże się bardzo pomocne, gdyż za pomocą zwykłego siepacza możemy jedynie przystrzyc trawnik u sąsiada, miast rozłupywać wrogie czaszki.
Walka na początku ogranicza się do komunikacji werbalnej z użyciem metali ciężkich. Wraz z growym progresem, rekrutowaniem tępych jak beczka smalcu headbangersów dochodzi „wątek” RTSowy. Tak jak chłodno takie rozwiązanie przyjąłem w produkcji Planet Moon Studion (Giants Citizen Kabuto), tak bez zbytniego entuzjazmu dowodziłem grupą ludzi w Brutalnej Legendzie. Całość sprowadza się do przejęcia jak największej liczby „surowców” (tutaj - dusz fanów, dzięki którym wytwarzamy nowe jednostki) i hurralnym atakowaniu pozycji przeciwnika. W samej walce brać udziału nie musimy - wystarczy z powietrza wydawać odpowiednie rozkazy. Fajną natomiast sprawą jest skopiowanie z Zeldy: Ocarina Of Time motywu z graniem na tytułowej okarynie. Tutaj oczywiście porcelanowy przedmiot zastępuje gitara - dzięki szarpaniu strunami odblokujemy bonusy porozrzucane po mapie, przejmiemy punkt z „wylęgarnią fanów”, zwerbujemy headbangerów czy też „podstawimy” sobie pod nos brykę. Fajne i odprężające.
Grę cechuje dosyć ciekawa, kolorowa grafika z - niestety - widocznym pop-upem i dropami animacji. Na szczęście nie jest to element przy którym rozrywałbym szaty, jednak miejscami kłuje to lekko w oczy. Świat dodatkowo podzielony jest na kilka stref, gdzie panuje inna strefa klimatyczna, dzięki czemu nie narzekamy na jednolite tekstury atakujące nasze gałki oczne. Zastrzeżeń nie mam w żadnym wypadku do przerysowanych postaci (na medal), animacji twarzy (genialna) i voice-actingu. Jack Black, Lemmy, Ozzy Osbourne - te nazwiska mówią same za siebie. Humor wylewający się z tekstów Osbourne'a i Blacka koją moją duszę do dnia dzisiejszego. Naturalnie nie mogło zabraknąć odpowiedniej ścieżki dźwiękowej. 107 (sic!) gorących jak ognie piekielne kawałków umilać będzie nam czas. W tym takie legendy jak Judas Priest, Scorpions, Motörhead, Megadeth czy Black Sabbath - mieszanka to iście wybuchowa i spasowana idealnie do wydarzeń występujących na ekranie (kawałek Enslaved - Frost, który rozbrzmiewa podczas naszego pobytu w śnieżnej krainie, pasuje do występującego momentu IDEALNIE).
Jako, że grę firmował Tim Schafer nad którą dłubał od czasu zakończenia prac nad Psychonauts, wymagania miałem naprawdę spore. Spodziewałem się gry wybitnej, jednak dostałem zmodyfikowaną kalkę Giants. Owszem, jest śmiesznie, z inteligentnym nabijaniem się z najbardziej przegiętych motywów z heavy metalowej subkultury. Jednak co z tego, skoro gra jest krótka, misje poboczne wywołują rewolucję żołądkową a zbieranie ukrytych tokenów jest jeszcze nudniejsze niż w uganianie się za flagami w Assassin's Creed? Tryb multiplayer ominąłem szerokim łukiem z powodu umieszczonego tam trybu walki - RTS :/ . Jak na grę twórcy The Secret of Monkey Island to strasznie mało. Taryfy ulgowej nie mam, Planet Moon Studios uderzyło 9 lat wcześniej. Gra jest dobra, nie wybitna. Jeżeli jesteś fanem kultowych lat '70/'80, pozbywania się łupieżu poprzez rytmiczne potrząsanie głową w górę i w dół możesz śmiało dodać do oceny 2 oczka.
Za udostępnienie gry dziękujemy firmie Electronic Arts Polska
|
Zalety:
- voice-acting;
- ścieżka dźwiękowa;
- humor;
- design.
|
Wady:
- okropnie nudne side-questy;
- krótka;
- małe problemy graficzne.
|
|
| Ocena ogólna |
|
7
|
| Grafika
|
|
8
|
| Dźwięk
|
|
9
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
6
7
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
6
7
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry