Z aspektów czysto fabularnych przenosimy się więc do kwestii gameplayowych. Zacznijmy od bardzo ważnej rzeczy, jaką jest eksploracja planet. W drugiej części gry jest ona zdecydowanie lepiej rozwiązana niż w przypadku jedynki. Wylądować możemy bowiem tylko na niektórych ciałach niebieskich, a dokładniej tych, na których wykryjemy tak zwane „anomalie”. We wszystkich układach jakie przyjdzie nam zwiedzić jest ich około 30. Co z resztą planet? Możemy je skanować, by zebrać potrzebne do ulepszania swojego uzbrojenia i statku pierwiastki. Operacja ta szybko się nudzi, ale i tak jest zdecydowanie ciekawsza od jeszcze żmudniejszej jazdy Mako znanej z „jedynki”.
Czym jednak są wspomniane anomalie? To po prostu subquesty, często zlecane nam przez różne osoby za pomocą e-maili, które odbierać możemy za pomocą specjalnego terminalu na naszym statku (o którym więcej za chwilę). Zadania te są na całe szczęście bardzo różnorodne i choć nie brakuje tu klasycznych misji typu „wejdź i wybij wszystkich”, to czasami twórcy potrafią nas naprawdę zaskoczyć (vide misja polegająca na pomocy robotowi wiertniczemu w dojściu do celu). W tym przypadku również trzeba pogratulować BioWare za ulepszenie aspektu z poprzedniczki. Szkoda tylko, że anomalii jest stosunkowo mało.
Ciekawie prezentują się także misje lojalnościowe, które możemy wykonać po dłuższym kontakcie ze zrekrutowanym do naszego oddziału osobnikiem. Dotyczą one przeszłości naszych kompanów, dzięki czemu możemy ich bliżej poznać. Tu wyróżnia się kolejny atut Mass Effect 2, jakim jest łatwiejsze niż w pierwowzorze zżywanie się z członkami teamu. Mamy tu naprawdę grupkę ciekawych osobistości, wśród który jest wciąż medytujący zabójca Thane, z rasy drelli, czy Samara, będąca przedstawicielką najsilniejszych asari. Mimo wszystko wydaje mi się, że w Dragon Age twórcy lepiej oddali kontakt z kompanami. We wspomnianym tytule podróżująca z nami grupka często wymieniała się zdaniami na temat ich przeszłości, czy wykonywanej właśnie misji. Świetnie zrobione i zabawne kłótnie pomiędzy Morigan i Zevranem dalej kołatają się w moje pamięci. Mam nadzieję, że w trzeciej części Mass Effect BioWare zapożyczy wspomniany system z DA, które przecież jest również ich produkcją.
Wracając jednak do planet i ich poziomu „zwiedzalności”. Oczywiście oprócz wspomnianych anomalii i planet, na których nie możemy wylądować, mamy i kilka klasycznych miast do odwiedzenia. Na samym początku możemy wylądować na dwóch stacjach – znanej z „jedynki” Cytadeli oraz Omedze, czyli prawdziwym skupisku zła i przestępczości z całej galaktyki. Potem dostajemy również dostęp do Illium oraz mocno opustoszałej ojczyzny Krogan, Tuchanki. Oprócz tego główny wątek gry przerzuci nas jednorazowo także w kilka innych miejscówek, jak ludzka kolonia Horyzont, czy ogromne, dryfujące w przestrzeni kosmicznej więzienie. Nie jest więc wcale tak źle, choć szkoda, że nie możemy odwiedzić zaludnionych planet z pierwszego Mass Effecta, czy większej ilości dzielnic w przypadku Cytadeli (teraz jest ich mniej niż w pierwowzorze).
Ważną rolę w grze ponownie pełni nasz statek, tym razem w postaci Normandii V2. Po pierwsze, służy on jako swoista baza wypadowa. Możemy porozmawiać z drużyną, poczytać maile (jest nawet spam, między innymi w postaci klasycznego „powiększ swoją męskość”), zmienić ciuchy, czy dodać kilka ulepszeń dla broni i samej Normandii. Mamy nawet swoją prywatną sekretarkę, Kelly (uprzedzam pytania - tak, można ją zapędzić do łóżka w kajucie Sheparda). Osobiście bardzo spodobali mi się dwaj bezimienni załoganci, którzy w jednym z pomieszczeń dyskutowali czasami nad losem rodziny jednego z nich. Ponownie widać więc aspekt zżycia z kompanami, nawet tymi, z którymi sami porozmawiać nie możemy. Statku (a dokładniej jego miniaturki) używamy również do przemieszczania się po mapie galaktycznej. Pożera nam to paliwo, więc musimy dość często podlatywać do kosmicznych stacji benzynowych, na których zakupić możemy także sondy do wspomnianego już skanowania planet i pozyskiwania z nich przydatnych surowców. Na początku trochę denerwowała mnie konieczność tankowania, ale po raptem kilku godzinach gry całkowicie się do tego przyzwyczaiłem.
Kolejnym ważnym do omówienia aspektem gry BioWare są niewątpliwie elementy RPG. Z góry uprzedzam, jeśli liczycie na tytuł z mnóstwem statystyk to srogo się zawiedziecie. To nowoczesny role-playing game, taki, który na świetnym poziomie utrzymuje to co znajdziecie w nazwie gatunku, czyli odgrywanie roli. Mass Effect 2 jest jeszcze mniej erpegowy niż „jedynka”. Mi to nie przeszkadza (ba, można nawet powiedzieć, że pozwala to bardziej wkręcić się w rozgrywkę, dzięki mniejszej ilości przerw jakie mogły powodować poruszanie się po inwentarzu, czy rozdzielanie punktów doświadczenia), ale znajdzie się pewnie kilku malkontentów, którzy przez to ME2 nie tkną. Tym razem nie ma nawet statystyk broni, a punkty doświadczenia rozdzielamy jedynie na konkretne umiejętności, jak ognista amunicja, czy biotyczne pchnięcie. Kreator własnego Sheparda dalej co prawda pozwala na wybranie jednej z kilku klas postaci, ale najlepiej jest zaimportować bohatera z pierwszej części, razem z własnymi wyborami jakie podjęliśmy podczas rozgrywki. No bo chyba nikt nawet nie pomyślał, żeby w ME2 grać bez przejścia „jedynki”, prawda?
Dalej świetnie wypada nowatorski system prowadzenia dialogów, znany już nam z pierwszego Mass Effecta. Dla niezorientowanych przypominam, iż jego główne założenie opiera się o krótkie hasła rzucone na – nazwijmy to – „kółku rozmów”. Po wybraniu jednego z nich (kombinacja wychylenia analoga w konkretną stronę i przycisku A) Shepard wymawia kilka zdań, będących rozszerzeniem wspomnianego hasła. Nie brakuje też możliwości używania zastraszania i perswazji, co wpływa na status moralności naszego herosa. Nowością w tej kwestii jest pojawiające się czasami symbole prawego lub lewego triggera oraz logosów prezentujących człowieka prawego lub renegata. Jeśli krótko po ich pojawieniu się wciśniemy jeden ze wspomnianych przycisków, Shepard skorzysta z dodatkowych opcji podczas rozmowy, jak np. zrzucenia przesłuchiwanego żołnierza z kilkudziesięcio piętrowego wieżowca, czy wręcz przeciwnie, uratowanie cywila przed ostrzałem. Wprowadza to podział na dobro i zło na kolejny, wyższy poziom.
A jak sprawa ma się z pokonywaniem kolejnych zastępów wrogów? Tutaj Mass Effect 2 zmienia się w rasowy shooter TPP, jeszcze bardziej niż w przypadku jedynki przypominający słynne Gears of War. Teraz w broniach nie mamy już nieskończonych magazynków, podatnych na przegrzanie, a klasyczną amunicję. Nie zabrakło też „koła mocy”, za pomocą którego możemy rozkazać kompanom użycie konkretnej umiejętności. Oprócz tego dopracowano system osłon, teraz już bardzo mocno przypominający ten z przygód Marcusa Fenixa i spółki. Ogólnie rzecz biorąc, strzela się zdecydowanie lepiej niż w przypadku „jedynki”.
Bardzo dobrze BioWare poradziło sobie również z kwestią oprawy audiowizualnej. Grafika jest jeszcze lepsza niż w przypadku pierwszego Mass Effecta, zlikwidowano doczytywania tekstur, czy chrupnięcia animacji. Ubolewam jedynie nad dłużącymi się loadingami, które pomimo tego, że trwają krócej niż pobyt w cytadelowej windzie z „jedynki”, dalej potrafią znużyć. Nie brakuje ładnych widoczków, a mimika bohaterów wygląda naprawdę fachowo. Również dźwiękowi nie ma czego zarzucić. Odgłosy, muzyka, wszystko jest naprawdę dobrze wykonane. Wszystko oprócz…
…nieszczęsnego dubbingu. Ileż to przed premierą było narzekań na Electronic Arts Polska, które to postanowiło wydać Mass Effect 2 z pełną lokalizacją. „Dlaczego nie zostawiono oryginalnych głosów z polskimi napisami?” – tego typu pytań nie brakowało na forach i popularnych serwisach. A co okazało się po samej premierze gry? Rodzimi aktorzy spisali się różnie. Z jednej strony mamy słabego polskiego Sheparda i średniawą Sonię Bohosiewicz, z drugiej całkiem niezłą Samarę. Najlepiej brzmią przedstawiciele tych ras, które musiały mieć zmieniane komputerowo głosy. Szkoda, że postanowiono wydać grę jedynie z jedną wersją językową, w szczególności biorąc pod uwagę, że oryginał ma perfekcyjnie dobraną obsadę.
Mass Effect 2 to przykład gry wręcz perfekcyjnej. Jest to zdaje się tytuł, który najbardziej wciągnął mnie ze wszystkich, jakie w całym swoim życiu miałem okazję testować. Mam nadzieję, że uniwersum dzieła BioWare będzie dalej rozwijane i nie zakończy się na wyczekiwanej już teraz przeze mnie „trójce”. Przy okazji wszystkich fanów serii zachęcam do kupna książek traktujących o świecie ME. Szkoda tylko, że tak trudno dostać je w Polsce (osobiście udało mi się dostać jedynie Ascension, Revelation nigdzie znaleźć nie mogę).
|
Zalety:
- fabuła i uniwersum;
- dopracowane subquesty;
- oprawa AV;
- interesujący kompani.
|
Wady:
- przydługawe loadingi;
- średni dubbing.
|
|
| Ocena ogólna |
|
10
|
| Grafika
|
|
9.5
|
| Dźwięk
|
|
9
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
-
10
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
-
10
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w
sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w
Bazie Gier
» Sprawdź,
jak oceniamy gry