|
|
Bioshock 2
|
|
Autor:
Farmah
Opublikowano:
29 sierpnia 2010
Odsłon:
191
»Skomentuj...
|
|
|
Za co kochamy Bioshocka? Za fabułę z genialnym "plot twistem", styl art deco, podwodne Rapture, muzykę Gary'ego Schymana, plazmidy, wyczerpujące walki z Big Daddym i głupiego bossa na końcu... no, może prócz tego ostatniego. Czego oczekiwałem od kontynuacji? Ciężko jednoznacznie określić, ponieważ poprzednio poprzeczka została wywindowana tak wysoko, że 2k musiałoby wystrzelić fabularnie z katapulty, by mój umysł stał się kupą zmielonych wiór.
Rapture, nadchodzę! - krzyknąłem po włożeniu płyty do czytnika. Nim jednak mój donośny głos rozszedł się po ścianach o odcieniu zgniłego kiwi, został stłamszony przez początkowe rozdziały. Jest arcynudno. Fabularnie gra rozpoczyna się 10 lat po wydarzeniach z pierwszej części. Utopijna wizja Andrew Ryana legła w gruzach już podczas pierwszej odsłony. Frank Fontaine sobie gnije, natomiast sprawy w swoje ręce wzięła Sofia Lamb. Tak jak Ryan stawiał na jednostkę, tak pani doktor psychiatrii stawia na ogół, popełniając przy tym te same kardynalne błędy, co jej poprzednik (kult uwielbienia dla własnej osoby). Rapture nadal kieruje się w stronę nieuchronnego upadku, totalnej antyutopii, po którym biega stado zdegenerowanych obłąkańców. Co robimy w tym wesołym grajdołku? Ano zaczynamy, jako obiekt Delta - ot, taka wersja "alfa" Big Daddy'ego. Nasza przygoda rozpoczyna się od wpakowania sobie kulki w łeb (2 lata przed pierwszym Bioshockiem). Nie kierujemy się przy tym pobudkami czysto samobójczymi (nie rzuciła nas dziewczyna, jogurt nie podrożał o 25%), jeno "siłą wyższą". Tą siłą wyższą była właśnie Sofia Lamb, która rozdzieliła nas w ten sposób z Eleanor, naszym małym podręcznym zbieraczem ADAMa w sukience. Odchodzimy więc w niewesołych okolicznościach, dowiadując się jeszcze, że Eleanor to tak naprawdę córka pani doktor. Co wprawiłoby w stan osłupienia stado biologów, to fakt, że po okresie 12 lat spokojnego leżenia z dziurą w głowie nie zainteresował się nami nawet pojedynczy robak. Słyszymy za to dorosłą już Eleanor proszącą nas o pomoc. Przy użyciu pozytywnych fluidów powracamy do życia (Vita Chamber)! Jak nietrudno się domyśleć od momentu naszego cudownego zmartwychwstania, gdzie obyło się to bez krzewów gorejących, mycia nóg w Gangesie (tego do końca nie jestem pewien) i umieraniu za grzechy ludzkości, będziemy nieść dobrą nowinę i przekazywać znak pokoju... to znaczy siać pożogę i zniszczenie. Tak przynajmniej sądziłem, wszak chodzimy zminiaturyzowanym kombajnem z wiertłem zamiast prawej ręki. Miast rzucać pokrakami po całym Rapture, dostajemy na początku w twarz stęchłym uczuciem deja vu.
Zaczynamy więc z głupią pukawką zdolną wyrządzić szkody, co najwyżej kopcowi termitów. No i jest nudno. Nie ma początkowo plazmidów, przeciwników, a sam prolog okropnie śmierdzi początkowym rozdziałem ukazanym w części pierwszej - nawet plazmidy zdobywamy w podobnej kolejności. No i jest nudno. Przechadzamy się spacerowym tempem po zalanym wodą Rapture... czy wspominałem, że początek jest przeokropnie nudny? Do diaska, co by nie owijać w bawełnę i nie czekać na podsumowanie - tak, gra jest zwykłym sequelem puszczonym z taśmociągu. Graficznie tytuł nie ruszył się nawet o centymetr do przodu. Podczas większych zadym zauważyłem jedynie dosyć znaczny spadek klatek wyświetlanych na sekundę, a plastykowy engine Unreala beznadziejnie sprawdza się w przypadku modelowania podwodnej fauny i flory - podwodne wodorosty wyglądają jak kolorowy łańcuch zarzucany na choinkę. Samo Rapture (suche, z wdzierającą się każdym zakamarkiem wodą) nie zaskakuje, dlatego tak dużą radość sprawiało mi przechadzanie się po zatopionych całkowicie pomieszczeniach, które wcześniej zwiedzałem. Unoszący się syf i ciała poległych Splice'ów lawirujących w pośmiertnym tańcu tworzą unikalny klimat. Styl art deco nadal urzeka, jednakże nie ma tzw. efektu "wow" jak poprzednio - po prostu odnotujesz fakt, że już coś takiego widziałeś wcześniej.
Gameplay pozostawiony został niemal bez zmian. Owszem kierujemy poczynaniami Big Daddyego, co przekłada się na nieco zawężone pole widzenia (przez hełm z małym wizjerem), dosyć donośne stąpanie po podłożu... no i to by było na tyle, jeżeli chodzi o różnice między Deltą a Jackiem z Bioshocka. Jeżeli zapytasz czy zwykły gamoń może siać spustoszenie na pasku zdrowia Delty, odpowiem - tak! Przy większym natężeniu wrogów na metr kwadratowy, przydaje się umiejętne wykorzystywanie zdobytych plazmidów oraz rozsądne zarządzanie amunicją, co by nagle nie wylądować w najbliższym Vita Chamber. Zbieractwo, tak jak poprzednio, odgrywa ważną rolę, więc nie obejdzie się bez zaglądania do każdego śmietnika w poszukiwaniu dolarów, gdyż, jak powszechnie wiadomo, wszyscy doń wrzucają ochoczo oszczędności życia. Skrzętnie poukrywane są także audiologi, dające nam szerszą wiedzę, co tak naprawdę dzieje/działo się w mieście umiejscowionym 433 kilometry od Rejkiawiku. Kupowanie amunicji, upgrade’owanie plazmidów, kolekcjonowanie ADAMa - tak jak było, tak jest. Co jest nowego? Jednoczesne korzystanie z broni palnej oraz plazmidów! Czy się przydaje? Jak cholera, i nie, nie mam tutaj na myśli walk z Big Daddym, które notabene zeszły na dalszy plan, ale z Big Sister. Siostrzyczka jest zwinna, ruchliwa i zaciekle broni swoich mniejszych odpowiedników, niemalże jak pewna grupa ludzi na krakowskim przedmieściu krzyża pewnego. Owszem, atakuje nas tutaj zewsząd ten sam schemat (po zebraniu maksymalnej ilości ADAMA pojawia się Big Sister), jednakże samo starcie wyzwala potężne pokłady potu.
No i dochodzimy do zebrania powyższych informacji w jakieś sensowne podsumowanie. Mamy więc fabularną mieliznę ciągnącą się przez dobre 2 godziny gry, ciut nieświeżą grafikę, Gary'ego Shymana, którego pamiętam bardziej za dokonania w pierwszym Bioshocku oraz Dante's Inferno niż z ostatniej odsłony Rapture. Brakuje tutaj też charakterystycznych postaci, bo poza Sofią Lamb nie pamiętam, kto mi się nawinął jeszcze na celownik. Jest solidnie, po prostu. Samo miasto nadal urzeka, szczególnie, kiedy przechadzamy się po pomieszczeniach, które pochłonęła woda, jednakże nie możemy uciec od wrażenia, że ktoś serwuje nam to samo. Multiplayer? Fajnie, że jest (7 trybów rozgrywki, raczej standardowych), jeno eksplorowanie podwodnego świata w domowym zaciszu wyżej stawiam niż wesołą rozwałkę. Jeżeli jesteś fanem jedynki, a jakimś pokrętnym zbiegiem okoliczności ominęła Cię kontynuacja - bierz bez zastanowienia. Jeżeli jeszcze nie biegałeś po dnie oceanu, w te pędy zabieraj się za część pierwszą.
Zakończmy tą oto sentencją Ś.P. Andrew Ryana:
"Nazywam się Andrew Ryan i jestem tu, by zadać wam pytanie: Czy człowiekowi nie należą się owoce jego pracy?
Nie, mówi człowiek w Waszyngtonie. Należą się najuboższym. Nie, mówi człowiek w Watykanie. Należą do Boga. Nie, mówi człowiek w Moskwie. Należą się wszystkim.
Odrzuciłem te odpowiedzi. Zamiast nich wybrałem coś innego. Wybrałem to, co niemożliwe. Wybrałem...
Rapture."
|
Zalety:
- klimat;
- Rapture nadal urzeka;
- walki z Big Sisster.
|
Wady:
- SS (standardowy sequel);
- beznadziejny początek...
|
|
| Ocena
ogólna |
|
7.5
|
| Grafika
|
|
7
|
| Dźwięk
|
|
8 |
| Grywalność
|
Online
Offline |
7
8
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
6
8
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry
|
Nie napisano jeszcze żadnego komentarza. Bądź pierwszy!
Dodaj swój komentarz
|