XboxSpot XboxSpot
XboxSpot » Artykuły » Recenzje »

Hydrophobia

Autor: Kubson    Opublikowano: 20 grudnia 2010    Odsłon: 624    »Skomentuj...

Są różne gry. Jedne mają na celu dać nam mnóstwo frajdy w bardzo przystępnej formie, korzystając z holywoodzkiego efekciarstwa i przyjemnej sieczki. Do nich zalicza się między innymi seria Call of Duty. Są jednak też tytuły, które mają znacznie większe ambicje. Swoimi niecodziennymi pomysłami chcą wciągnąć gracza w swój piękny świat na wiele godzin. Choć nie osiągają one z reguły wysokiej sprzedaży, są perełkami w kolekcji gier. Lecz serce się kraja, gdy taki piękny w zapowiedziach tytuł okazuje się być niczym więcej, niż wspomnianą holywoodzką sieczką. Takim tworem jest właśnie Hydrophobia.

Owa gra stworzona przez studio Dark Energy Digital w zapowiedziach kreowała się jako niesamowita produkcja. Powodem tego było m.in. oparcie jej o silnik HydroEngine, który (jak żaden inny) realistycznie odwzorowuje zachowanie się wody. A jakie jest idealne środowisko do pokazania jego pełnych możliwości? Oczywiście, statek, który zaczyna tonąć. Jak dodamy do tego jeszcze bohaterkę typu „zwykła osoba, która znalazła się w złym miejscu w złym czasie” otrzymujemy mieszankę, która w odpowiednich rękach mogła by stać się pretendentem do gry roku. Dlatego po kilku miesiącach czekania z przyjemnością wydałem 1200 MS Ponits na tę właśnie grę. Jej akcja toczy się w niedalekiej przyszłości na Queen of the World, statku-mieście utworzonym z powodu globalnego podnoszenia się poziomu wody. Na Królowej znajduje się nasza bohaterka, Kate Wilson, która jest zwykłym technikiem. Wszystko zaczyna się w dniu jubileuszu wypłynięcia statku, kiedy to dodatkowo miało być zaprezentowane nowe osiągnięcie w dziedzinie nanotechnologii, które wniesie życie ludzi na nowy poziom. Wszystko było by pięknie, gdyby nie nagła detonacja kilkudziesięciu bomb. Po odzyskaniu przytomności Kate znajduje się na tonącym statku, gdzie każdy monitor wyświetla krótką wiadomość od terrorystów: Save the World – Kill Yourself. W tym rozdziale, będącym jednocześnie samouczkiem, gra pokazuje się od najlepszej strony: klimatyczna rozgrywka z elementami platformera oraz popisówka silnika gry (desperacki bieg przez zatapiany korytarz wygląda świetnie). Ten krótki etap, który jest jednocześnie wersją trial, nastraja nas optymistycznie na dalszą rozgrywkę. Niestety, wszystko szybko zaczyna się sypać.

A dokładniej od momentu, gdy zdobywamy broń palną. Początkowo mamy jedynie amunicję naddźwiękową, dlatego zmuszeni jesteśmy rozprawiać się z wrogami sposobem. I gdy mamy do czynienia tylko z jednym z nich naraz, jest całkiem przyjemnie. Zakradamy się, badamy otoczenie i wykorzystujemy je przeciwko adwersarzom. Jednak gdy napotykamy grupę czterech gości i zmuszeni jesteśmy ich pokonać wspomnianym sposobem, przestaje być zabawnie. To dlatego, że nie ma jak się zakraść. Po wejściu do pomieszczenia przyklejamy się do najbliższej osłony, ponieważ ona jedna zapewnia nam bycie poza wzrokiem terrorystów. Gdy tylko wyjdziemy trochę dalej ktoś nagle (nie wiadomo jak) nas zauważa i wszczyna alarm, dlatego siedzi się jak ten debil pół godziny. Nagle zauważam kabel z prądem wiszący na wodą. Czekam, aż dwóch wrogów znajdzie się pod nim i strzelam. Mimo, iż całą minutę celowałem w ten kabel (pomimo „auto-celowania”, które można sobie o d*pę potłuc) okazało się, że przy wychylaniu się zza osłony celownik też się przesuwa. Efekt – zaalarmowanie nieprzyjaciół i zwykła potyczka jak w każdym innym shooterze. Chociaż nie, bo naddźwiękowymi pociskami nie można zabić, tylko co najwyżej ogłuszyć (a i to po kilku strzałach), dlatego walę jak idiota mając nadzieję, że będą wystarczająco długo nieprzytomni, by pod wodą sięgającą kolan utonęli. Oczywiście można zapomnieć o jakimś większym przemieszczaniu się, ponieważ zaraz ktoś nam wlepi serię w plecy. Piętnaście razy podchodziłem do tego krótkiego momentu i po przejściu go miałem szczerą nadzieję, że to tylko jednorazowy wybryk twórców. Niestety, rozgrywka tak wygląda już do końca. Niby zdobywa się później ostrą amunicję, ale jest jej tak mało, że i tak korzysta się głównie z Sonic Rounds. I można też zapomnieć o wykorzystywaniu wody przeciwko wrogom. Poza kilkoma momentami, gdzie facet przechodzi obok szyby, za którą znajduje się woda, używanie cieczy jako broni zostało okrojone do zera. To po cholerę ten cały silnik?

Męczyłem się z grą. Choć po pierwszej nocy z przyjemnością do niej wróciłem, każda kolejna minuta coraz bardziej mnie do niej zniechęcała. Jednak jest jedna rzecz, która podtrzymuje ją przy życiu – fabuła. Terroryści, będący grupą Malthusianistów nie przejęli Królowej Świata dla okupu. Mają wyższy cel, kto wie, może nawet słuszny. W trakcie „zabawy” znajdujemy mnóstwo dokumentów będących skrawkami książki autorstwa Thomasa Malthusa, guru tutejszych terrorystów, dzięki którym dowiadujemy się o pobudkach naszych adwersarzy. Byłem ciekaw (w sumie nadal jestem) jak się ta historia skończy. Przeszkodziło w tym zagranie twórców, będące garścią gwoździ do trumny. Gra kończy się w pół słowa (dosłownie). Co gorsza, nie jest to zakończenie „in Kojima style”. Coś się dzieje, nagle czarny ekran i napis „To be continued”. Wtedy ostatecznie szlag mnie trafił. Na pocieszenie w tym momencie odblokował się Challenge Room. Spodziewałem się otrzymać coś na wzór Challenge Rooms z Portala czy Virtual Missions z serii Metal Gear Solid. Ale nie. W tym trybie Kate zdobywa nadprzyrodzone zdolności kontrolowania cieczą (co w praktyce jest jedynie śmiesznym utworzeniem słupa wody i możliwością ciśnięcia przedmiotami, które się w nim znalazły). Tak więc siedzimy w średniej wielkości pokoju z wodą do pasa i kilkoma kontenerami i zabijamy kolejne fale wrogów. Ubaw po pachy. W tej chwili nie miałem już wątpliwości, byłem pewien – twórcy robią mnie w konia. Za 1200 punktów dostaję połowę gry, która na dodatek jest szalenie kiepska? A wystarczyło zrobić prosty zabieg zmieniający grę w bardzo przystępną produkcję: zamienić te wszystkie idiotyczne strzelaniny na łamigłówki przestrzenne opierające się na kierowaniu nurtem wody. Byłaby i ciekawa zabawa, i pełne wykorzystanie możliwości silnika (no chyba, że Dark Energy wciska kit i on wcale taki dobry nie jest).

Cały czas zachodzę w głowę „Jak można było spieprzyć taki potencjał?”Gra jest bardzo słaba, a twórcy nieuczciwi. Dają połowę gry za cenę pełnej, bardzo dobrej produkcji, a w tytule nie dali nic w stylu „episode 1” co by wiadomo było, że nie mamy tu pełnej historii. Nawet gdyby w skutek promocji gra staniała do 400 punktów, nie poleciłbym jej nikomu. Za każdym razem gdy o niej pomyślę coś mnie trafia. Niestety, Hydrophobia jest kolejnym przykładem nadającym się do książki „Jak schrzanić świetnie zapowiadający się tytuł”. Nie kupujcie.

Zalety:
  • fabuła;
  • HydroEngine...
Wady:
  • ...który nie jest w pełni wykorzystany;
  • ogólnie cała rozgrywka;
  • skopany potencjał;
  • dubbing.
Ocena ogólna 4
Grafika 7
Dźwięk 5
Grywalność Online
Offline
-
4
Żywotność Online
Offline
-
1

Więcej:
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry



Komentarze Dodaj komentarz»

miki77 23 grudnia 2010, 12:10


A grałeś Kubson może w grę po tym ostatnim, dużym patchu? Rzeczywiście się tak dużo zmieniło?


Kubson 23 grudnia 2010, 14:46


O ile się nie mylę, gdy pierwszy raz odpalałem grę konsola ściągnęła jakiś patch. Później do tytułu już nie wracałem.


Edmund McCry 24 grudnia 2010, 10:38


To przykład na to, że nie należy wierzyć we wszystko co ładnie się zapowiada. Takich gier jest mnóstwo :p


miki77 24 grudnia 2010, 16:16


Ostatnio ponoć wydali jakiś megapatch (2-3 dni temu?).



Dodaj swój komentarz

Autor:  
Komentarz:
Upewnij się, że Twoja wypowiedź nie łamie Regulaminu!

Dodaj komentarz
Mapa Serwisu | o XboxSpot | Kontakt| Reklama | Współpraca | Praca Designed by Piyo
Coded by SikalafO
Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze znajomością oraz akceptacją Regulaminu.
© 2004 - 2011 XboxSpot