Pamiętam czasy, gdy „polska gra” oznaczało produkt niskiej jakości (z Mortyrem na czele) nie mający większych szans na zaistnienie dwa metry za zachodnią granicą. Na szczęście od kilku lat nasze rodzime produkcje, takie jak Xpand Rally, Call of Juarez czy Wiedźmin, trzymają wysoki poziom. Wszystkie te tytuły zdobyły większą lub mniejszą sławę na zachodzie. Ale jest jeszcze jedna gra, wyprodukowana przez warszawskie studio, która podbiła serca wielu graczy za oceanem – Painkiller. Shooter, który wyróżniał się tym, że niczym się nie wyróżniał. Wiele gnatów, wielu wrogów i wielu wielkich bossów – prosty przepis na sukces. Dzięki niemu studio People Can Fly zwróciło uwagę dużego gracza, Epic Games. Najpierw dali im do konwersji na PC Gears of War, z czego Warszawiacy wywiązali się bezbłędnie. Następstwem tego było wykupienie przez Epic udziałów polskiego studia, nawiązanie stałej współpracy oraz stworzenie wyśmienitej gry. I tak oto dochodzimy do Bulletstorm – najlepszej (jak na razie) polskiej gry oraz kandydata do tytułu Shootera Roku.
Bulletstorm idzie podobną drogą co Painkiller: nie sili się na wyszukaną fabułę, a daje graczowi możliwość stworzenia przyjemnej dla oczu rzezi. To drugie zostawmy sobie na deser, na razie zajmijmy się historią. W grze wcielamy się w Graysona Hunta – byłego dowódcę elitarnego oddziału wojskowego Dead Echo. Wszystko zmieniło się, gdy podczas pewnej misji odkrywają, że Generał Sarrano (ich zwierzchnik) nie zlecał im zabójstw złodziei, przemytników i handlarzy bronią, lecz niewinnych ludzi. Gray, jak na żywiołową osobę przystało, wkurzył się i czterema słowami skazał siebie i cały swój oddział na śmierć. Jako, że już w następnym pomieszczeniu czekał na nich stryczek, musieli uciekać do obszarów galaktyki znajdującymi się poza jurysdykcją Konfederacji. I tak trwali kilka lat, aż pewnego razu przypadkiem natrafili na Ulissesa – flagowy okręt Konfederacji, na którym znajdował się także Sarrano. Hunt, zaślepiony promilami i rządzą zemsty, zaatakował go, co nie mogło się dobrze skończyć. Ostatecznie obydwa statki runęły na pobliską planetę, która niegdyś była wymarzonym ośrodkiem wypoczynkowym. Dziś jest miejscem nieustających walk pomiędzy trzema frakcjami przestępców. Gray wyszedł z upadku bez większych obrażeń jednak dwóch członków oddziału zginęło w trakcie potyczki z tubylcami, a Ishi Sato, najlepszy przyjaciel bohatera, stracił dwie kończyny oraz połowę głowy. Dzięki szybkiemu przeszczepowi oraz wszczepieniu mikroprocesora z pobliskiego robota Ishi staje na nogi (lecz ma lekkie rozdwojenie jaźni). I tak nasi dwaj kosmiczni piraci ruszają przed siebie, by uciec z nieprzyjaznej planety, a przy okazji zabić generała Sarrano. Bułka z masłem. Tak w skrócie wygląda początek rozgrywki, później dowiadujemy się co dokładnie wydarzyło się na planecie oraz poznajemy pewną młodą damę, która ma do pogadania z bohaterem. Jak już mówiłem, nie jest to oscarowa fabuła, ale trzyma się kupy i jest dobrym motorem napędzającym kolejne wydarzenia.
A poprzez „kolejne wydarzenia” należy rozumieć niesamowitą masakrę wyczynianą przez Grayson i ska w trakcie siedmiu niekrótkich aktów (nie zboczuchy, nie takich aktów). Panowie z People Can Fly chcieli oddać nam do rąk przednią zabawę w stylu lat 90., gdzie górowała zasada „The bigger gun, the better fun”. Oczywiście sama broń i masa wrogów prawdopodobnie okazałyby się dziś zbyt nudne, dlatego dodali system „Kill with Skill”.Na czym to polega? Otóż za każdego fraga, który wymaga trochę więcej umiejętności niż władowanie całego magazynka w tors przeciwnika (zwanego Skillshot-em), otrzymujemy punkty. Im zmyślniejszy Skillshot, tym więcej punktów. Im więcej Skillshot-ów na jednym wrogu, to jeszcze więcej punktów. Zasady są proste, ale dają mnóstwo frajdy. Wyobraźcie sobie taką sytuację: biegnie na was czterech ubrojonych w maczety gości. Co robicie? Jednemu strzelacie headshota a resztę wykańczacie shotganem. Ale dostaniecie za to zaledwie 55 punktów. Lepiej jest użyć Korbacza, który wystrzeliwuje dwa połączone łańcuchem granaty ze zdalnym detonatorem. Piękna eksplozja i ok. 250 punktów na koncie. Jednak można to zrobić jeszcze lepiej. Najpierw wybić wszystkich w powietrze, temu po środku owinąć granaty wokół szyi, walnąć mu headshot a na koniec zdetonować granaty. Miodne, prawda? Nie? Cóż, słowa nie oddają tego, co odczuwa się po wykonaniu takiej kombinacji. To trzeba przeżyć. Jednak tych sztuczek nie wykonujemy jedynie dla satysfakcji (choć sądzę, że to by wystarczyło). Zebrane punkty stanowią walutę w rozsianych po całej planecie zasobnikach, w których to uzupełnimy amunicję, kupimy nową broń oraz ją zupgrade'ujemy. A na nasze uzbrojenie składa się siedem gnatów. Podstawą jest karabin Rozjemca, a z ciekawszych broni należy wymienić wspomnianego już Korbacza oraz Łowcę Głów, czyli karabin snajperski z radiowo sterowanymi pociskami. Do tego dochodzi jeszcze Żniwiarz (czyli Gatling, który wprawdzie ma nielimitowaną amunicję, ale po zdjęciu go ze stanowiska szybko padają mu baterie) oraz gwiazda wieczoru – Smycz. To dzięki niej wykonamy wszystkie te szalone ewolucje. Pozwala nam przyciągać do siebie wrogów oraz przedmioty takie wybuchowe beczki czy owoce pewnego drzewa, które można następnie nabić przeciwnikom na głowy. I taką właśnie zabawą jest prawie cała kampania. Pojawiają się krótkie sceny w których musimy uciekać z walącego się budynku lub jadąc pociągiem bronić się przed machiną górniczą. Ogólnie rzecz ujmując, kampania dla jednego gracza jest ogromną dawką rozwałki, która ani na chwilę nie daje odetchnąć, polaną dobrym humorem, dzięki czemu na naszej słodkiej gębie co chwila pojawia się banan. Zastrzeżenia mam do kilku pierwszych pre-renderowanych przerywników filmowych. Nie wiem, czy to wina gry, płyty, czy mojej konsoli, ale filmy potwornie się cięły skutecznie utrudniając czerpanie z nich przyjemności.
Ale co zrobić, gdy już ukończymy kampanię? Są dwie możliwości, pierwsza to tryb Echo. W nim naszym zadaniem jest nabicie jak najwyższego wyniku w jak najkrótszym czasie przechodząc niewielkie fragmenty z single'a. Niestety, mamy tu powtórkę nie tylko z map, ale także skryptów, zarówno tych związanych z wrogami, jak i tych odnoszących się do otoczenia i naszego towarzysza. I tak niejednokrotnie czekamy aż nasz kompan otworzy drzwi i patrzymy jak mijają kolejne cenne sekundy (wtedy wydaje się to być całą wiecznością) Na dodatek skutecznie nas wybija z szaleńczego tempa wymuszonego przez ten tryb..Efekty naszej pracy są wysyłane do światowej tablicy wyników, przez co w trakcie dwudziestu poziomów niełatwo jest osiągnąć wysoką ilość punktów, co powinno być gratką dla wszystkich tych, co uwielbiają masterować swoje umiejętności i poszczególne levele, by następnie móc z dziką radością powiedzieć „Co słychać, nooby?”. Lecz jeżeli taka forma rozrywki Was nie kręci (lub już znajdujecie się w pierwszej dziesiątce najlepszych) można zabrać się za tryb wieloosobowy. I tu pierwsze rozczarowanie: do dyspozycji zostaje nam oddany cały jeden tryb. W Anarchii na małej mapie o strukturze kwadratu spotyka się czterech gości chcących skopać komuś d*psko. Naprzeciw nim staje horda wrogów, dawkowana w pojedynczych falach. W trakcie każdej fali gracze mają za zadanie nabić wskazany wynik. Po pierwszej rundzie doszedłem do wniosku, że nazwa świetnie oddaje to, czym ten tryb jest – chaosem, zarówno w dobrym, jak i złym tego słowa znaczeniu. Gracze dysponują zarówno prywatną, jak i wspólną pulą punktów, przez co każdy z nich stara się zabić jak największą ilość wrogów. A że w matchmakingu mało kto korzysta z cuda techniki zwanego headsetem, często dochodzi do przepychanek czy podbierania sobie fragów. Z powodu braku jakiejkolwiek komunikacji niemożliwe jest także wykonanie większych kombinacji Skillshot-ów, bo już w trakcie przygotowywań ktoś na to wszystko schrzani, a wykonanie tak prostych czynności jak kopnięcie wroga przez jednego gracza, a zbicie w powietrzu przez drugiego (co często jest premiowanym Skillshot-em na ostatnim przeciwniku fali) z reguły nie wychodzi. Niestety nie miałem okazji przetestować tego trybu w gronie znajomych, gdzie każdy dysponował by headsetem, ale podejrzewam, że w takim zestawieniu tryb ten może stać się prawdziwą frajdą na długie wieczory. W innym przypadku nudzi i denerwuje.
Pozostaje mi jeszcze omówić warstwę audiowizualną gry. Grafika jest miodem dla oczu: wszystkie efekty słońca, te plaże i wodospady cieszą oko i szkoda, że nie można przystanąć i przyjrzeć im się dłużej. Choć może to i dobrze, bo nie raz zauważyłem nagannie niskiej jakości tekstury, i to na obiektach, które od razu rzucają się w oko. A co do muzyki: na ogół słyszymy tu orkiestrowe kawałki, które mają na celu podkreślenie epickości całej zabawy i robią to w sposób skuteczny. Chociaż do tego typu rozgrywki (czyt. masakry w wykonaniu karabinu, nogi i przydrożnego kaktusa) pasował by metalowy repertuar. Cóż, w przypadku Xboxów oraz PC-ów zawsze można użyć odtwarzacza. PS3 tej możliwości nie ma.
Recenzja ta kończy się równie szybko co gra (choć to dlatego, że kampania dla jednego gracza wciąga jak dobry odkurzacz Zelmera), a dla tych, którzy nie zdołali jeszcze zaspokoić swojej potrzeby siania zniszczenia, mam dobrą wiadomość: zakończenie „in Kojima style” świadczy o tym, że na bank będzie sequel. Jednak przed chłopakami z People Can Fly stoi trudne zadanie: zrobić grę jeszcze lepszą, chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby specjalnie na taką okazję zachowali kilka asów. Choć na horyzoncie widać już rywala, który może strącić Graysona Hunta z tronu. A imię jego Duke Nukem. Ale to dopiero w maju. Do tego czasu pozostaje nam bawić się najlepszą polską grą (jak na razie, bo Wiedźmin 2 zbliża się wielkimi krokami). Życzę wszystkim miłych (i udanych) Skillshot-ów.
|
Zalety:
- przyjemna masakra
- Kill with Skill;
- humor;
- jeszcze raz masakra;
- i jeszcze raz humor.
|
Wady:
- matchmaking Anarchii;
- niektóre tekstury.
|
|
| Ocena ogólna |
|
9
|
| Grafika
|
|
9
|
| Dźwięk
|
|
8.5
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
7
10
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
7
9
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry