Kubson:
Gears of War – seria, która wprowadziła gatunek gier Third Person Shooter na nowe tory; jedna z najlepiej sprzedających się marek obecnej generacji konsol, która przez wiele nocy bawiła nas swoim niezapomnianym trybem dla jednego gracza (lub dwóch, ale to już rzadziej). Teraz większość posiadaczy konsoli Xbox 360 czeka na zwieńczenie przygód Marcus Fenixa i Dominica Santiago w desperackiej walce z armią Szarańczy. Na to przyjdzie nam czekać do września bieżącego roku, lecz już teraz został nam oddany do dyspozycji tryb multiplayer, dzięki czemu mniej więcej wiemy jakich zmian możemy spodziewać się w najnowszej, i prawdopodobnie ostatniej już części serii.
W Gears of War 3 Beta mogliśmy przetestować trzy tryby na czterech mapach. Pierwszy z nich to Team Deathmatch, czyli najlepszy wybór na odreagowanie problemów minionego dnia. Dwie pięcioosobowe drużyny walczą o przetrwanie i wyeliminowanie przeciwników. W przeciwieństwie do poprzedniczki, tutaj każda z drużyn dysponuje pulą 20 „żyć”. Może nie jest to zbyt fair względem pojedynczego gracza, ale na pewno zmusza do współpracy i wzajemnego osłaniania tyłka. Dzięki temu też potyczki nie trwają minutę, dwie, tylko często nawet kilkanaście. Drugi tryb to Capture the Leader, czyli stary dobry CtF z tą zmianą, że tu trzeba złapać i utrzymać szefa wrogiej drużyny. Już samo to nie jest łatwe, gdyż ten ma niegrzeczny zwyczaj bronienia się, oraz widzi położenie wrogów, co pozwala mu taktycznie przygotować się do odparcia ataków. Jednak samo złapanie i utrzymanie go jako żywej tarczy to nie wszystko, trzeba jeszcze bronić własnego bossa, gdyż jeżeli zostanie pojmany, nam nie są odliczane sekundy potrzebne do wygrania meczu. Chyba jeden z trudniejszych trybów. Trzeci i ostatni to King of The Hill. Wiem, że wiecie o co tu chodzi, ale i tak powiem: zadaniem każdej z drużyn jest przejęcie i utrzymanie wskazanego punktu na mapie, który po „wyssaniu” z niego konkretnej liczby punktów zmienia położenie. Dość dynamiczna rozgrywka, szczególnie gdy w ruch pójdą granaty lub moździeż. Powyższe tryby mogliśmy rozegrać na czterech mapach:
- boisko do trashballa (idealna do TDM, otwarta przestrzeń i spadający na głowę wielki ekran – bomba);
- stare miasto (to najlepiej nadaje się do KotH);
- centrum handlowe;
- pustynne okopy;
Powyższe mapy (poza boiskiem) był większe od tych znanych z części drugiej, i zostały lepiej przemyślane. Nie ma tu jednego, dwóch punktów, na których cały czas spotykają się wrogowie. „Linia frontu” cały czas się przemieszcza, a co za tym idzie także punkty respawny, dzięki czemu nie raz udaje nam się wesprzeć towarzyszy szybkim oflankowaniem wroga.
Lokacje są także urozmaicone pewnymi dodatkami, jak wspomniany już przeze mnie wielki bilboard na boisku, który (odpowiednio użyty) może nabić nam kilka fragów, czy burza piaskowa, która ogranicza nasze pole widzenia do ok. 2 metrów (wtedy góruje shotgun).
W trzeciej części Gearsów nie mogło zabraknąć nowych broni. Najciekawsza z nich to Retro Lancer, czyli starsza wersja naszego ukochanego karabinu z piłą łańcuchową. Ma ona większą siłę ognia, jednak kosztem celności i odrzutu. Nie posiada też piły, lecz zwyczajny bagnet. Niby gorsze, ale pozwala wykonać szarżę, która szybko potrafi pozbawić życia oponenta. Druga ciekawa nowość to obuch. Zabójczy na krótkim dystansie, lecz trzeba być z nim dokładnym - przeładowanie trwa wieki. Dochodzą jeszcze Oneshot, czyli ciężki karabin snajperski, który wprawdzie nie jest tak mobilny jak LongShot oraz wymaga naładowania przed strzałem, ale jest bardzo potężny; Digger Launcher, czyli wyrzutnia rakiet przemieszczających się pod ziemią - bardzo skuteczna broń przeciwko ukrywającym się wrogom; Granat zapalający, czyli Koktajl Mołotova w języku polskim. Resztę uzbrojenia spotkały jedynie zmiany kosmetyczne, jak korzystanie z przyrządów przy dokładnym celowaniu z Hummerburst-a, czy osłabienie siły odrzutu Granatu dymnego (już nie przewraca pobliskich postaci) w zamian za prawdziwą zasłonę dymną.
Do innych zmian jako pierwsze muszę zaliczyć oprawę graficzną - gra wygląda pięknie. Wszelkie efekty świetlne, cienie czy tektury kopią oczy. Na poprawę trzeba też zaliczyć animację postaci, która teraz jest płynniejsza i bardziej realistyczna. Dodano także levelowanie wzorowane na Bad Company 2, oraz (wzorem ostatniej mody) dodano medale i przypinki za zasługi na polu bitwy. Kolejne poziomy „doświadczenia” dadzą nam dostęp do nowych postaci czy skórek do naszych broni. Nic specjalnego.
Ostatecznie Beta trzeciej części Gears of War byłą dla mnie sporym zaskoczeniem. Multiplayer „dwójki” nie wciągnął mnie, a tu wpadłem od razu zaliczając kilka(naście) meczy z rzędu. Rozgrywka jest dłuższa i dynamiczniejsza, na co składają się ulepszone tryby oraz nowe, większe mapy. Wszystko to sprawia, że coraz chętniej wyczekuję Gears of War 3. Pozostaje jeszcze mieć nadzieję, że single będzie przypominał ten z oryginału, a nie sequela.
Filmik z gameplayu znaleziony w serwisie YouTube:
Inferno:
Czy istnieje posiadacz Xboxa, który nie słyszał jeszcze o serii Gears of War ? Na całe szczęście chyba nie. Jeszcze w tym roku do naszych rąk trafi trzecia odsłona serii, a my już teraz mieliśmy okazję przetestować betę wieloosobowej rozgrywki. Jak wrażenia? Jak dla mnie to bardzo dobra zapowiedź całego tytułu. Po szczegóły zapraszam poniżej.
Pierwsze co zaskoczyło mnie po wpisaniu kodu do bety to waga pliku z grą. Około 90 megabajtów. Oczywiście wydaje się to podejrzane i w rzeczywistości tak jest, bo już przy pierwszym uruchomieniu musimy pobrać kolejna 500 mega danych. W menu do wyboru mam jeden z trzech typów rozgrywki. Są to Team Deathmatch, King of the Hill i Capture the Leader. Ja jeden zdecydowałem się trochę poszperać w ustawieniach – i słusznie. Znalazłem opcje mojego bohatera dzięki czemu dopasowałem go do swoich wymagań. Do wyboru mamy dwóch przedstawicieli zarówno po stronie COG jak i Locustów. Kolejne modele postaci są do odblokowania w trakcie rozgrywki. Dalej ustawiamy broń podstawową i zastępczą.
Podobnie jak było to w częściach poprzednich przyjdzie nam walczyć na niezbyt sympatycznych terenach. Otaczają nas bowiem zrujnowane budynki, odpady i ogólny chaos. W porównaniu jednak do poprzednich części w „trójce” mapy zdają się być bardziej nasycone kolorami. W momencie przeprowadzania testu do użytku zostały oddane cztery mapy. Znajdziemy na nich oczywiście masę przeszkód – w tej kwestii nic się nie zmieniło. System osłon pozostał ten sam i działa świetnie. Turlamy się, przeskakujemy przeszkody – wszystko po to by uprzykrzyć życie naszym rywalom. Z przeciwnikami przyjdzie się nam zmierzyć w zniszczonym domu handlowym, mieście oraz stadionie sportowym. Musicie przyznać, że są to lokacje dość różnorodne. Graficznie jest dobrze. Nie spodziewałem się drugiego Crysisa, ale otrzymałem bardzo ładną, płynną grafikę z robiącymi wrażenie animacjami i efektami. Pomimo iż piszę o becie miałem wrażenie, że gram w finalny produkt. Gra ani razu nie sprawiła mi przykrych niespodzianek. Wręcz przeciwnie...
Po wybraniu jednego z trybów błyskawicznie zostałem przydzielony do jednej z trwających rozgrywek. Jeżeli tak to będzie działało w pełnej wersji to naprawdę znaczy, że ktoś się postarał. Nie mam zbyt szybkiego internetu – 1 megabit/s, a mimo to gra chodziła płynnie, nie rozłączała mnie i mogłem cieszyć się nią w pełni. Pora na najważniejszą część testu czyli wypróbowanie danych trybów. Na pierwszy ogień idzie Team Deathmatch. Tutaj od razu lekko się zdziwiłem. Otóż zasady rozgrywki w tym trybie są nieco inne niż te znane z pozostałych gier. Każda z drużyn ma określoną liczbę respawnów. Po jej skończeniu gracz nie może powrócić do rozgrywki. Każde „życie” staje się cenniejsze. Bez wątpienia podnosi to adrenalinę podczas gry. Ruchy muszą być bardziej przemyślane, rozgrywka staje się czasem bardzo taktyczna. Oczywiście wygrywa drużyna, która pozostanie przy życiu. Jeżeli jesteśmy przy kwestii żywotności to tutaj również mamy niespodziankę. Gdy upadniemy możemy oczywiście liczyć na pomoc przyjaciela z drużyny, który postawi nas na nogi. Kiedy jednak nikogo wokół nas nie ma, możemy sami starać się wstać i wrócić do walki. Nie ukrywam, że ten tryb cenię sobie najbardziej. Bardzo pomysłowym trybem jest Capture The Leader. Pierwszy człon nazwy brzmi znajomo, prawda? Flaga została zastąpiona dowódcą przeciwnej rasy. Zasady są jednak takie same. Ogłuszamy wroga i za pomocą odpowiedniego przycisku używamy go jako „żywej tarczy”. Musimy wytrzymać jak najdłużej, uważając przy tym na swojego dowódcę. Zwycięża drużyna mająca więcej punktów na swoim koncie. Punkty są również obecne w trybie King of the Hill. Fanom gatunku chyba nie muszę mówić o co chodzi. W tej kwestii nic się w sumie nie zmieniło. Naszym zadaniem jest utrzymanie danego obiektu jak najdłużej.
Ważna kwestia w strzelankach to oczywiście uzbrojenie. Tutaj deweloperzy zasypali graczy mnóstwem arsenału. W ruch pójdzie na przykład karabin z przyczepioną piłą, wybuchowe łuki, strzelba, standardowy model pistoletu czy moździerz. Mnie najbardziej zaciekawiła broń, której pociski przemieszczają się pod ziemią i na końcu wybuchają. Sprytny sposób na wyeliminowanie przeciwnika schowanego gdzieś za murkiem.
Fani gier MMO również znajdą coś dla siebie. Mówię oczywiście trochę z żartem bo chodzi tutaj o zbieranie kolejnych leveli, które dają nam dostęp do nowych opcji, broni itp. Podczas gry przyjdzie nam zdobyć mnóstwo osiągnięć i odznaczeń. Aby „wbić” kolejny poziom trzeba grać dość długo. Różnice pomiędzy levelami są dosyć spore. Czy to dobrze? Dla mnie bardzo dobre. Gwarantuje nam to więcej godzin zabawy.
Powiem krótko – narobiłem sobie bardzo dużego smaku na ten tytuł. Na pewno wbije w fotele wielu graczy, na wiele godzin. Fani serii będą po prostu w niebo wzięci. Czekajcie bo warto!