Proszę wstać! Oto po czternastu latach oczekiwań do naszego królestwa powraca jedyny, nieustraszony, najprzystojniejszy i... kulejący? Widocznie wyjście z grobu okazało się trudnym zadaniem nawet dla naszego Księcia. Czy będzie w stanie ponownie obronić nas przed najazdem obcych? Czy będzie potrafił zadowolić swoich najzagorzalszych fanów? Czy uda mu się przekonać do siebie wszystkich sceptyków, „CoD-owców” i haterów?
Odpowiedź jest krótka, prosta i tylko taki idiota jak ja mógł się przez cały ten czas łudzić się, że będzie inna: NIE. Niestety, wszystkie lata produkcji, zmiany silników i ciągłe przemodelowywanie rozgrywki nie mogło grze wyjść na dobre. Miała być doskonała kontynuacja jednego z największych tytułów lat 90., a wyszedł średniak niezadowalający nawet największych fanów. Ale po kolei. Mój redaktorski obowiązek nakazuje, bym przynajmniej skrótowo nakreślił historię produkcji, jednak temat był wałkowany tyle razy, że nie ma sensu tego robić ponownie. W grze nasz bohater ponownie musi stawić czoła obcym, gdyż ci nie tylko niszczą naszą planetę, ale także porywają nasze kobiety, a tego im wybaczyć nie możemy. Takie nastawienie w fabule czeka nas od początku do końca. Jednak to nie na niej będziemy się skupiać, a na tych „epickich strzelaninach i wartkiej akcji czekających nas na każdym kroku”. Cóż... To nie do końca prawda. Grę zaczynamy w Las Vegas, w rezydencji Duke'a, gdy to kosmici przybyli na Ziemię w pokojowych, jakby się mogło wydawać, zamiarach. Jest spokojny wstęp do dalszej rozrywki, mamy okazję pobawić się przedmiotami domostwa i jednym z najlepiej wykonanych elementów gry – interakcją. Każdy, kto grał w Duke Nukem 3D pamięta, że świat tam był prawie żywy. Wszędzie znajdowały się obiekty, które mogliśmy przełączyć, przenieść lub w inny sposób nań wpłynąć. Podobnie jest w Forever. Możemy zagrać w bilard, koszykówkę, jednorękiego bandytę, pinball, możemy też przyrządzić i zjeść popcorn. No i oczywiście skorzystać z toalety, tego elementu nie mogło zabraknąć. Możliwości jest wiele, a twórcy niejako zmuszają nas do eksplorowania lokacji w poszukiwaniu nowych przedmiotów. Za każdą pierwszą interakcję z obiektem danego typu otrzymujemy stałe zwiększenie paska życia, a to się przydaje na późniejszych poziomach gry. Atrakcji jest więcej, bo jeszcze na początku siądziemy za sterami samochodzika-zabawki i będziemy jechać przez wpół zniszczone kasyno unikając wrażych ataków. Fragment ciekawy, jednak po 30 minutach rozgrywki bez esencji Duke'a zacząłem się zastanawiać czy to jeszcze shooter. Na szczęście tak... choć czy aby na pewno?
Pierwszą bronią jest zwykły pistolet, tak jak to miało miejsce w poprzedniej części. Później znajdziemy bronie, które wywołają uśmiech u wyjadaczy serii: shotgun, ripper, RPG, shrinker, freezer, devastator, pipe bomb oraz miny laserowe. Niestety tu pojawia się jeden z nielicznych wpływów współczesności na grę. Możemy mieć przy sobie tylko dwie bronie. Trzeba zapomnieć o kolekcjonowaniu amunicji do potężniejszych broni, by móc je wykorzystać w trudniejszych starciach. Tu na ogół korzystamy z ripper, czyli najbardziej wszechstronnego karabinu maszynowego. Inne bronie przydają się w kilku sytuacjach, ale i to niewielu. Starcia już nie są tak wymagające. Oczywiście, były takie, które potrafiły zajść za skórę, ale to już nie jest poziom starego Duke'a, gdzie co chwila robiło się save'y, bo za każdym rogiem grupa wrogów mogła znieść Cię w kilka sekund. Powodem tego uproszczenia jest samoregenerujące się zdrowie oraz rozmieszczanie skrzyń z niekończącą się amunicją. Te ostatnie szczególnie denerwujące są w walkach z bossami. Tych możemy zranić jedynie stacjonarnymi karabinami lub własnym ekwipunkiem wybuchowym. Bomb oraz min możemy mieć max. 4 sztuki każda, więc na ogół walczymy przy pomocy RPG. Do niego możemy mieć tylko 5 rakiet, przez co twórcy do każdego bossa dokładają dwie skrzynie z amunicją. I tak walka polega na jak najszybszym władowaniu w adwersarza amunicji do rakietnicy oraz szybkim sprincie po zapasy. I tak 20 razy na walkę. Ten schemat pasuje do wszystkich starć z szefami, więc szybko dochodzimy do wniosku, że są one zwyczajnie nudne. Ech... Gdzie się podziały te pojedynki, w których skakało się po całym pokoju unikając ataków, władowywało się całą posiadaną amunicję we wroga i wciąż nie było się pewnym, czy to wystarczy. Nawet finałowa walka prawie w ogóle nie różni się od tego, co mogliśmy zobaczyć na samym początku gry. Znów jest to cyklonoid, którego najpierw atakujemy RPG, a na koniec ponownie wykańczamy Devastatorem. Oczywiście nasz przeciwnik nie stara się nam w tym zbytnio przeszkodzić. Ot, coś sobie wystrzeli, czasem tupnie, ale jeżeli nie będziemy stali jak ten ciołek w miejscu, to nas nie trafi. I to jest Final Fight? Wolne żarty.
Grafika. Tu od początku wiedziałem, że nie będzie dobrze, choć czasami pojawiały się przebłyski nadziei, że Gearbox da radę podnieść oprawę do stanu zjadliwego. O ile modele postaci są całkiem ładne (poza samym Księciem, na którego aż strach patrzeć w lustrze) to tekstury wołają o pomstę do nieba. Także efekty kuleją, wybuchy nie są tak soczyste jak powinny, a strzelaninom brakuje trochę dynamizmu, który można by osiągnąć kilkoma prostymi rozbłyskami oraz rozmyciami. Jako plus w tej dziedzinie muszę zaliczyć etap rozgrywany na pustyni. Możemy wtedy wysiąść z monster trucka i spojrzeć w siną dal. Widoki przypominają te znane z Red Dead Redemption, które mógłbym podziwiać cały dzień. Niezgorsza jest za to oprawa audio. Oczywiście herosa dubbinguje Jon St. John, który ponownie świetnie znalazł się w tej roli. Jeśli już usłyszymy jakąś muzykę, będą to na ogół jakieś gitarowe riffy, ale znajdą się także wstawki orkiestrowe. Te pasują już znacznie mniej. Oglądanie napisów końcowych uprzyjemnia nam główny motyw z DN3D, który przywołuje liczne wspomnienia.
Najkrócej opiszę tryb multiplayer, bo i przy nim spędziłem najmniej czasu. Nie wyróżnia się on niczym specjalnym i jest podporządkowany starym trendom. Tak więc mamy tutaj Deathmatch oraz jego wersję drużynową, Hail to the King jako zajmowanie terytoriów oraz Capture the Babe, czyli porywanie wrogiej lasencji. Jest w porządku, mapy są wielopoziomowe i zróżnicowane, dochodzi jeszcze jet-pack. Byłoby nieźle, gdyby nie te lagi, które potrafią skutecznie zepsuć każdą zabawę.
Pisanie tej recenzji jest dla mnie dosyć bolesne. I nie chodzi tu o moją złamaną rękę, a nadzieję, która ostatecznie musiała paść pod naporem rzeczywistości. Szczerze wierzyłem, że gra ta będzie warta zachodu i pieniędzy, że jeżeli nie 3D Realms, to Gearbox Software uda się zrobić z niej porządnego shootera. Nawet humor, kolejny znak rozpoznawczy Duke'a z 96., jest tu tak niski, tak żenujący, że można by go porównać do kawałów i „ripost” zasłyszanych w gimnazjum. Niestety, wszystko po kolei jest tu niedopracowane, zrobione po łebkach. Szkoda, że legenda Duke'a doczekała się tego nowego, paskudnego obrazu. Wielu mówiło, że lepiej by ta gra pozostała w grobie i nigdy nie ujrzała światła dziennego. Chyba zacznę się pod nimi podpisywać. Najgorsze, że to jeszcze nie koniec. Zakończenie gry jednoznacznie wskazuje plany wydania sequela, a jeżeli Gearbox będzie kierowało się wynikami sprzedaży, a nie średnią ocen recenzji, to prawdopodobnie go wyda. Cóż, może faktycznie shooter od początku do końca wykonany przez twórców Borderlands będzie udaną produkcją, ale czy to wciąż będzie Duke? Bo mimo wszystko Forever jednej rzeczy nie odmówię – jakiś klimat z tamtych lat się ostał. I chyba tylko on sprawił, że ukończyłem grę i w kilku momentach czerpałem z tego przyjemność. Na koniec apel do młodych: Jeżeli chcecie dowiedzieć się czym to jest ten słynny Duke Nukem i na czym polega jego sława i fenomen, nie idźcie do sklepu i nie wydawajcie 200 zł, tylko wejdźcie na pewną stronę jednego z polskich wydawców, któremu reklamy robić nie zamierzam, i wydajcie 6 euro (jakieś 24 zł) na Duke Nukem 3D. Kupa strzelania, śmiechu i dobrej zabawy gwarantowana. W dzisiejszych grach coraz rzadziej można to znaleźć, a legenda z 96. będzie wieczna. Natomiast części Forever mogę powiedzieć tylko jedno: Rest In Pieces.
|
Zalety:
- Interakcja z otoczeniem;
- Momentami klimat;
- Mimo wszystko to Duke...
|
Wady:
- ...ale w kiepskim wydaniu;
- Praktycznie prawie cała gra.
|
|
| Ocena ogólna |
|
5
|
| Grafika
|
|
3
|
| Dźwięk
|
|
6
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
7
5
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
5
2
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry