Opuszczone centrum handlowe. Zombie… Spowity tajemnicą eksperyment. Zombie… Zagadkowe postaci. Zombie… Wymyślne narzędzia mordu. Zombie… Krew. Litry krwi. I Zombie.
Czy czegoś to wam nie przypomina? Zgadliście. Znany i uwielbiany przez rzesze fanów Capcom wydał nową grę. I to w zasadzie powinno być wystarczającą zachętą dla wszystkich miłośników bezkompromisowej wyrzynki. Jeśli jednak nie jesteś do końca zdecydowany, poniższe słowa na pewno pomogą Ci podjąć właściwą decyzję.
Sklep żywych trupów
Każdy średnio orientujący się w grach człowiek wie, że domeną producenta Dead Rising są istoty żyjące inaczej. Nie trudno się domyślić, że tematyka wyżej wymienionego tytułu nie odbiega od wcześniej obranych standardów. Tym razem pokierujemy losami fotoreportera pragnącego zrobić reportaż roku. Akurat tak się szczęśliwie składa, że w tym samym czasie całe Stany Zjednoczone obchodzą dziwne wieści. Nikt do końca nie wie, o co chodzi, ale wszystkie poszlaki prowadzą do małego miasteczka leżącego na południowoamerykańskiej prerii. Jako, że Frank West (godność bohatera) nie jest żółtodziobem i ma nosa do grubych spraw, szybko pakuje potrzebny sprzęt i wyrusza w poszukiwaniu sensacji. Po dostaniu się na miejsce zauważa, że sytuacja prezentuje się gorzej, niż ktokolwiek przypuszczał. Mieścinę obstawia wojsko, a ulice ogarnięte są totalnym chaosem. Jedynym nieopanowanym przez „dziwnie wyglądających ludzi” miejscem jest centrum handlowe i właśnie tam zaczyna się nasza przygoda. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, gdyż fabuła, wbrew pozorom, wypada naprawdę bardzo dobrze. Dodam tylko, że w aferę zamieszany jest rząd i grupa wyznawców chorego kultu. Cała historia, rozgrywająca się w ciągu 3 dni (co przelicza się na 6 h czasu rzeczywistego), została podzielona na grupy następujących po sobie aktów. I tu napotykamy na dość istotną niedogodność. Otóż przez cały czas toczymy wyścig z nieubłaganie tykającym zegarkiem. Warto przy tym podkreślić, że do zrobienia jest wiele i nie raz musimy powtarzać daną sekcję tylko dlatego, że zabrakło nam kilku minut. Oczywiście zdarzają się momenty wytchnienia, jednak nie zmieniają faktu, że wprowadzone utrudnienie jest niezwykle frustrujące. Niestety to nie koniec - bardzo poważnym uchybieniem jest umieszczenie w grze tylko jednego slotu na save’y. Wyobrażacie to sobie? Wystarczy jeden raz nierozważnie zapisać stan gry, by być zmuszonym zaczynać wszystko od nowa. Nie mówiąc już o tym, że pozycje spod szyldu żółto-niebieskich nigdy nie należały do łatwych. I to w zasadzie tyle niemiłych niespodzianek, jakie czekają graczy. Od tej chwili, z czystym jak śnieg sumieniem, mogę przejść do milszej części recenzji. A jest co chwalić.
Teksańska masakra nożem do tapet
Zapewne większość osób mających wyłącznie bierną styczność z Dead Rising, postrzega ją jako beztroski slasher osadzony w ciekawej lokacji. Przyznam, że również tak sądziłem. Rzeczywistość jest jednak zgoła inna. Wspomnicie moje słowa, gdy na samym początku gry, z okrzykiem na ustach, rzucicie się na hordy zombie, by po chwili z wrzaskiem zasilić ich szeregi. Spójrzmy prawdzie w oczy - do momentu, w którym nie będziemy wystarczająco silni, trzeba przeciwników po prostu omijać. Co prawda od czasu do czasu zatłuczemy kilka pokrak, ale mordy na masową skalę zarezerwowane są dla wyższych leveli. I tu wychodzi na jaw kolejny interesujący aspekt DR. Za ukończenie misji i niektóre osiągnięcia dostajemy ustanowioną z góry liczbę punktów. Gdy przekroczy ona odpowiedni próg, Frank awansuje na wyższy poziom (maksymalnie 50). Warto zwracać na to uwagę, gdyż razem z nominacją podnoszą się statystyki. Odkrywamy także nowe ciosy, które nieraz wyciągną fotoreportera z opresji. Oczywiście, oprócz walki własnymi kończynami, zombie możemy neutralizować każdym przedmiotem będącym akurat pod ręką. Młotek? Proszę uprzejmie. Doniczka? Nie ma najmniejszego problemu. Regał na książki? Talerze? Gitara? Absolutnie wszystko jest dozwolone. Takiej ilości akcesoriów do domorosłej eksterminacji nie uświadczycie w żadnym innym tytule. No, ale w końcu to wielkie, amerykańskie centrum handlowe. Każda broń ma określoną wytrzymałość i po pewnym czasie ulega zniszczeniu (przede wszystkim te siejące prawdziwe spustoszenie), dlatego nie warto walić/siekać wszystkiego w zasięgu wzroku. Zwłaszcza, że dopakowanych bossów spotka się na każdym kroku. Nie myślcie jednak, że ta gra oferuje wyłącznie bezmyślną walkę. Ma w zanadrzu jeszcze jeden atut, który w zasadzie stanowi jej główny filar. Cóż to takiego? Odpowiedź zawiera się w jednym słowie - klimat.
Drętwica mózgu
Nastrój, jaki tworzy się podczas rozgrywki w Dead Rising, można porównać jedynie z tym, który towarzyszy nam po ostrych kwasach. Oczywiście wyłącznie pod względem natłoku przeżyć, gdyż emocje są zupełnie inne. Zresztą, sami twórcy muszą mieć ogromne doświadczenie w pewnych ciemnych dziedzinach życia. Skąd takie wnioski? Tylko chory bądź targany piekielnymi wizjami umysł jest w stanie wymyślić niżej przedstawione cuda. W recenzowanej grze natraficie na dwunastu psychopatów, którzy w ten bądź inny sposób związani są z obleganą plazą. W ich szeregach stoją tak prozaiczne postaci jak kasjer, sprzedawca broni, fotograf czy klaun. Wydają się mało przerażający, ale gwarantuję, że na zachowania i rozumowanie każdego z nich zareagujecie wytrzeszczeniem oczu. Bo nie spodziewałbym się innego impulsu po osobie, która właśnie pojedynkuje się z obdarzonym specyficznym poczuciem humoru i smaku, żonglującym piłami spalinowymi, klaunem. Do tego dochodzi uczucie zaszczucia i izolacji. Mimo mnogości rozkładających się nieumarłych cały czas mamy poczucie zagrożenia. Ciężko to wytłumaczyć za pomocą słów, dlatego posłużę się przykładem. Wyobraźcie sobie, że wpadliście do kadzi wypełnionej przeróżnymi pająkami, ze świadomością, że szybko z niej nie wyjdziecie. To właśnie przeżywa gracz mający „przyjemność” przedzierać się przez tabuny trupów. Może nie byłoby to takie straszne, gdyby nie fakt, że czynność tą wykonujemy notorycznie (bo w końcu na tym opiera się rozgrywka). Dreszcze potęguje przytłaczająca wręcz wielkość obiektu i, wcześniej wspomniany, upływający bez przerwy czas. Nawet w pozornie bezpiecznym miejscu, jakim jest kryjówka Franka, nękani jesteśmy bezustannymi jękami ocalałych ludzi. Uwierzcie, po kilku minutach naprawdę wgryzą się wam w psychikę. Do tego stopnia, że nie wytrzymacie presji i wyłączycie konsole. No, może trochę przesadzam.
Od ciemności do blasku
Pod względem graficznym DR wypada naprawdę bardzo okazale. Od samego początku przytłaczająca jest liczba umarlaków szwendających się po opuszczonych pomieszczeniach. Uwierzycie, że w jednej lokacji może być ich ponad trzysta? Wszyscy, bez wyjątków, są niesłychanie dobrze animowani i obdarzeni różnym wyglądem. Co prawda na wysokie SI nie ma co liczyć, ale w końcu to bezmózgie zombie. Warto dodać, że silnik przelicza ich „obecność” bez najmniejszych problemów, a to przecież nie jedyne zadanie spoczywające na jego barkach. Promenady, które mamy okazje zwiedzać, wykonane są z wysoką dbałością o szczegóły. Na tyle dużą, że bez trudu wyobrażam sobie identyczne centrum w swoim mieście. Butiki, ciucholandy, kawiarnie czy supermarkety są bardzo przekonywujące. W każdym ze sklepów umieszczono od groma interaktywnych przedmiotów, co daje kolejny plus. Całość dopełniają ładne efekty świetlne oraz całkiem niezła fizyka (z gry na grę woda wygląda coraz lepiej). Efekty dźwiękowe raczej sprowadzają się do krzyków, warknięć i trzasków łamanych kości, co nie zmienia faktu, że idealnie komponują się z całością. Na pochwałę zasługują aktorzy czytający swoje kwestie. Mimo niekiedy drętwych dialogów (to już znak firmowy Capcom), potrafią wczuć się w rolę i wypowiedzieć ją z odpowiednim zaangażowaniem. Muzyka? Podczas całej rozgrywki usłyszycie ją może kilkanaście razy. Mimo rzadkości występowania nie gryzie się z całością, co nie jest specjalnie trudne. W pozycji tego typu każdy rockowy i agresywny kawałek pasuje jak ulał, prawda?
3 dni później
Dead Rising to na pewno nie tytuł dla każdego. Niektórzy z was mogą szybko zniechęcić się monotonną na pierwszy rzut oka rozgrywką i wysokim poziomem trudności. Jednak ci gracze, którzy zerwali niejedną nockę na horrorach klasy B, będą zachwyceni. To po prostu esencja filmów tego gatunku przeniesiona na pole elektronicznej rozrywki. Zresztą sami deweloperzy nie ukrywają inspiracji takimi tworami jak „Od zmierzchu do świtu” czy „Noc żywych trupów”. Da się także zauważyć, że do jego powstania przyczyniła się ręka samego twórcy Resident Evil. Jeżeli jarają Cię takie klimaty, to trafiłeś w sedno. Jeśli nie, to zawsze możesz popatrzeć na DR jak na wysokiej jakości slasher. Bez dwóch zdań, Capcom wykonał swoje zadanie celująco. Pozostaje tylko pytanie- czy aby na pewno jesteś w grupie docelowej ich produktu?

|
Zalety:
- sugestywny klimat
- przytłaczająca liczba przedmiotów
- w końcu to Capcom!
|
Wady:
- po pewnym czasie schematyczność
- brak kooperacji
|
|
| Ocena
ogólna |
|
8.5
|
| Grafika
|
|
8
|
| Dźwięk
|
|
7
|
| Grywalność
|
Online
Offline |
-
8
|
| Żywotność
|
Online
Offline |
-
8
|
|
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier
» Sprawdź, jak oceniamy gry